/me/ notorycznie wyciąga awiza wracając z pracy, co nie byłoby dziwne
gdyby nie to, że przez cały dzień w domu jest żona z dziećmi...


Jak się mieszka w Warszawie na Ursynowie, to do Działu Kontroli
Rejonowego Urzędu Poczty Warszawa Ochota-Mokotów na ulicy
Towarowej (usłużnie, jakby więcej osób było zainteresowanych ;-))
Ale tak bardziej ogólnie to pewnie każda poczta ma gdzieś swój Dział
Kontroli, a już na pewno ma wywieszkę na ścianie, gdzie można się
ze skargą pofatygować. I zdaje się, że ta forma kontaktu z kochanym
monopolistą skutkuje. Przynajmniej u mnie ;-)

Pozdrawiam,
Agnieszka


· 

Rejestrowalem samochod w Warszawie pod koniec lutego w Wydziale Komunikacji
Warszawa - Mokotow (jeden z najbardziej obleganych w Polsce podobno).
Dodaje, ze samochod nie byl nowy, wiec nastawilem sie na wielogodzinne
czekanie w kolejkach. Nieoczekiwanie calosc zajela raptem okolo kwadransa.
Bylem wniebowziety.
Dwa tygodnie pozniej pojawilem sie w celu odebrania stalego dowodu
rejestracyjnego - i tu mnie dopadlo zdziwienie. Godziny otwarcia urzedu
konczyly sie o 16.00, natomiast ja urwalem sie wczesniej z pracy i o
godzinie 15.20 pocalowalem klamke :/
W ciagu sekundy moje wniebowziecie szlag trafil.


Wybieranie
nowego wykonawcy nie powinno potrwać długo, bo już kilka tygodni temu
ratusz poprosił Urząd Zamówień Publicznych o zgodę na zlecenie z wolnej
ręki. Pozwolenie właśnie dostał. Urzędnicy liczą, że kontrakt z nowym
wykonawcą podpiszą w połowie lutego. Wtedy skrzyżowanie przy Galerii
Mokotów mogłoby być gotowe do końca sierpnia.


Czy takiej zgody UZP nie można zaskarżyć w sądzie okręgowym?
Mirosław Kochalski sam też mówi o ryzyku tej operacji.

Nam, czyli komu?


Piszę w imieniu SISKOM
http://siskom.waw.pl

Ciekawe, czemu inni wykonawcy nie mieli takich problemów z tym złym ZDM i
jakoś wykonywali prace dobrze i terminowo.


A możesz podać przykłady ostatnich wielkich budów dróg w Warszawie? Powiedzmy
z ostatnich 5 lat.


Artur Górski (ur. 30 stycznia 1970), polityk, działacz samorządowy, publicysta, poseł na Sejm RP V kadencji.

W 1994 ukończył studia na Wydziale Nauk Historycznych i Społecznych Akademii Teologii Katolickiej na kierunku politologia i nauki społeczne. W 1998 uzyskał stopień doktora nauk humanistycznych. Podczas studiów doktoranckich wstąpił do Korporacji Akademickiej Respublica.

Od 1995 do 1997 dziennikarz redakcji politycznej i zespołu politycznego redakcji krajowej Polskiej Agencji Prasowej. W 1998 zajmował stanowisko redaktora naczelnego Naszego Dziennika.

Od 1999 pracował w administracji rządowej. W 1999 pełnił funkcję szefa Gabinetu Politycznego Ministra - Członka Rady Ministrów, Ryszarda Czarneckiego. Od 1999 do 2001 radca Prezesa Rady Ministrów, a następnie dyrektor Sekretariatu Gabinetu Politycznego Prezesa Rady Ministrów.

Od 1999 do 2000 doradca Zarządu Polskiej Agencji Prasowej.

W 2002 wybrany do Rady Dzielnicy Mokotów.

Od 2003 zatrudniony w Wojewódzkim Urzędzie Pracy w Warszawie, początkowo jako kierownik Wydziału Organizacji i Nadzoru, a następnie jako kierownik Wydziału Kontroli Wewnętrznej.

W wyborach parlamentarnych w 2005 r. wybrany do Sejmu z listy PiS w okręgu warszawskim.

· 

no prosze nie dość że bezbożnik (patrz dyskusje na Cieniu i w CRP) to jeszcze donosiciel

nie składam niedwuznacznych propozycji jeśli nie wiem jak wyglada dana urzędniczka (bo co bedzie jak stara i brzydka ?) a tak w ogóle to dla mnie Urząd Miasta oddział Warszawa Wola to po prostu cudo nie urząd zawsze chetni do pomocy i uprzejmi to samo Mokotów najgorzej wypada Centrum ale to pewnie przez nadmiar pracy

w piątek rano odebrałam dokument z urzędu
zaraz wsiadłam do samochodu, pojeździłam po osiedlu, pojechałam do centrum Warszawy na zakupy
potem wróciła do domu samochodem (stał przed pracą na parkingu)

w sobotę pojechałam na Mokotów, potem do domu i jeszcze do centrum handlowego

dziś znowu pojechałam do centrum, wróciłam, pojechałam na siłownię, wróciłam

ciągle sama
stasznie się stresuję przed samą jazdą, w czasie jazdy jest zupełnie dobrze
ciężko przyzwyczić się do nowego samochodu
ciężko mi się parkuje bo mój samochód jest większy od Yariski, na której się uczyłam

mam nadzieję, że będzie coraz lepiej

Wykaz przeznaczeń pojazdów specjalnych:

1. Agregat elektryczny/spawalniczy
2. Bankowóz
3. Do prac wiertniczych
4. Koparka, koparkospycharka
5. Ładowarka
6. Oczyszczanie dróg
7. Podnośnik do prac konserwacyjno-montażowych
8. Pomoc drogowa
9. Zimowego utrzymania dróg
10. Żuraw samochodowy

Na powyższej liście znalazły się m.in. koparki, bankowozy czy ładowarki.
Zabrakło na niej jednak niektórych pojazdów specjalnych, w rozumieniu przepisów Prawa o ruchu drogowym np: pogotowia technicznego, karetek pogotowia, karawanów pogrzebowych czy...kamperów

Z tego co wiem, Urzędy Skarbowe łumaczą, że co prawda są one pojazdami specjalnymi w rozumieniu przepisów Prawa o ruchu drogowym, jednak w myśl przepisów o VAT takimi pojazdami już nie są. Stanowisko takie zaprezentowane zostało m.in. w postanowieniu Naczelnika Urzędu Skarbowego Warszawa-Mokotów z dnia 9 stycznia 2006 r., nr 1433/NG/GV443-259/2005/LŚ, czy w postanowieniu Urzędu Skarbowego w Białymstoku z dnia 2 grudnia 2005 r., nr RO-XV/443/VAT-574/181/US/05. Oznacza to, że podatnik nie ma prawa do odliczania VAT od nabycia takiego pojazdu, jak również do odliczania VAT od nabycia do niego paliwa.

No chyba, że coś się ostatnio zmieniło a umknęło mi przez nieuwagę.

Pod koniec lipca zwodowane zostały sztuczne wyspy pływające dla ptaków wodnych w parkach na Mokotowie w Warszawie. Główne przeznaczenie to bezpieczne miejsce dla ptaków a w przyszłości byc moze zbudują tam gniazda. Prace przeprowadziła firma Ussuri na zlecenie Urzędu Dzielnicy Mokotów. W akcji wzieła udział Bocianowa ekipa, czyli marioptak, Tomek Nakonieczny oraz Basior. Zastosowano dwa rodzaje wysp. "Duża" o wymiarach 1,6 x 1,6 m obasadzone roslinnościa wodną, oraz "małe" 0,7x0,7 m bez roślin, tylko wyłożone matą trzcinową. Wyporność zapewniają plastikowe zbiorniki. Wyporność (nieduża) i rozmiary wynikaja z wczesniejszych doswiadczeń w parkach miejskich i nie tylko, zbyt duża wyporność powoduje bowiem odwiedziny niepożądanego gatunku - człowieka...
Po kilku dniach krzyżówki i łyski urzędują na nich na całego ale łyski zielone wyspy potraktowały jako swoisty karmnik i na oczach publiczności konsumują rośliny z wysp
Rozmieszczenie wysp:
Park Arkadia: 3 duze, 6 małych (Amikosik ma je na oku )
Staw Morskie Oko: 2 duze, 4 małe
Staw Promenada: 1 duza
Wszelkie obserwacje życia na wyspach mile widziane, narazie na "małej" naliczyłem 3 krzyżówki jednocześnie, a na "dużej" 4.

Naczelnik Urzędu Skarbowego Warszawa-Mokotów w postanowieniu z 6 kwietnia 2005 r., nr US33/NL/LF/II/415/4111-6/05/PG. Organ podatkowy podkreślił, że:
(…) informacja o dochodach oraz pobranych zaliczkach na podatek dochodowy PIT-11/8B składana jest za okres, w którym płatnik dokonywał wypłaty świadczeń, od których był zobowiązany pobrać zaliczkę na podatek dochodowy. Zatem w przypadku gdy stosunek pracy ustał w trakcie roku podatkowego, a płatnik po zaistnieniu tego zdarzenia wypłacił podatnikowi świadczenia wynikające z umowy o pracę w miesiącach następnych, informacja PIT-11/8B winna być wystawiona za okres, za jaki pobierana była zaliczka. Reasumując, jeżeli podatnik był zatrudniony w okresie I–VI, a w miesiącu VIII otrzymał ekwiwalent za urlop, informacja PIT-11 obejmować będzie cały okres, za który dokonywane były wypłaty świadczeń oraz pobierana zaliczka na podatek dochodowy, tj. I–VIII.

Oczywiście teraz nie mamy już PIT-11/8B ale chodziło mi o okres za jaki sporządzamy PIT-11. Wynika z tego że nie możesz wpisać 01.01.2007. tylko kwietniową. Mnie interesuje bardziej jaka datę końcową sie wpisuje i wychodzi że nawet jesli po ustaniu umowy wypłacane są jakiekolwiek świadczenia to liczy sie do czasu wypłacenia świadczenia. chyba że pojawiło się coś nowego ale nie mam czasu dziś szukać.. Pozdrawiam!


Ja się nie pytałem o picie alkoholu, pragnę zauważyć...
A pytanie moje, wbrew pozorom, nie było retoryczne.
BTW. Znam przypadek bardzo podobny do tego, jakim mi odpowiedziałeś. Gość
zapił się na śmierć, a od piwa właśnie zaczął. Wiec Twój argument jest
chybiony.


Ja tez nie pytalem sie o picie alkoholu:-))
Nie pisalem tez o przejsciach dla pieszych, pasach, rowerach...
a o remoncie dopiero co remontowanych podejsc do jezdni.
Wyremontowano osiem takich podejsc, by po kilkunastu dniach remontowac
to co wlasnie wyremontowano. http://www.mokotow.btx.pl/fotkiplotki.php
Podczas rozmow telefonicznych z Urzedem i ZDMem dowiedzialem sie nieco
wiecej. Okazuje sie, ze firma ktora wygrala przetarg na prace remontowe
"sknocila" swoja robote i teraz poprawia to co sknocila, -to wg. Pani
rzecznik z ZDM. Wg. rozmow z ekipa remontowa wynika, ze remont prowadzi
zupelnie inna firma niz wymieniona przez Pania Rzecznik ZDM-u.
W zwiazku z powyzszym, pytania powinny dotyczyc:

1. Dlaczego widoczna dla kierowcow i pieszych czerwona kostke zastapiono
biala zlewajaca sie z jezdnia.?
2. Gdzie lub predzej _do kogo powedruje_ kostka czerwona ktora jest tak
skrupulatnie dzisiaj paczkowana..???
3. Kto zaplaci za te "manewry" remontowe..??
4. Ile jest jeszcze takich miejsc w Warszawie, gdzie za pieniadze
podatnika "exeperymentuje" sie remontami, budowami, inwestycjami.....??
5. Dlaczego przetargi na prace budowlane w Stolicy wygrywaja firmy
"KRZAK", bo ani firmy wskazanej przez Pania Rzecznik ZDM ani tej na
placu budowy nie mozna znalezc z internetowej Panoramie Firm..??

Takich dlaczego mozna wiecej ale poprzestanmy na tym:-)

Wazne jest to co piszecie o piciu, pasach, rowerach,......., ale tu
akurat nie o to chodzi.

pzdr


Witam,

lubic czy nie lubic przyjezdnych oto jest pytanie.
Opowiem Wam historie z zycia pewnego Warszawiaka.

Jest pewien doktor chemii, uczciwy, doskonaly fachowiec, zawziety w naukach
chemicznych, praktyk, urodzony i zamieszkaly w Warszawie, lat okolo ponad
piecdziesiat.
Otoz otrzymal on propozycje pracy w Krakowie.
Posada: zastepca dyrektora duzych zakladow chemicznych.
Z mieszkaniem.
Propozycje przyjal, Krakow zawsze lubil, bylo to niejako jego drugie miasto.
Po pewnym czasie (drugi trzeci miesiac), kiedy zdazyl poznac sie i polubic z
zaloga firmy i wspolpracownikami, urzadzic mieszkanko, przyzwyczauc do
spacerow Plantami i falszowanych dzwiekow trabki docierajacych co godzina do
jego rozmilowanych Mozartem uszu, zadzwonil niespodziewanie telefon.
Tak jakos inaczej niz zawsze.
To byl telefon z krakowskiego Urzedu Pracy.
Dzwonil urzednik, bardzo wazny krakowski urzednik i bardzo stanowczo
zakomunikowal:
- Szanowny panie. Pan nie ma  zameldowania w Krakowie wiec nie moze pan w
Krakowie pracowac. My musimy dbac o miejsca pracy przede wszystkim dla
mieszkancow Krakowa. Tak wiec bedzie pan musial zwolnic to miejsce pracy dla
mieszkanca Krakowa.

Po kilku dniach doktor otrzymal wymowienie (choc jego szef nie byl tym
zachwycony) i zostal wygnany z krolewskiego grodu Kraka.

Szczeka mi opadla jak wczoraj uslyszalem ta historie, ale jak opowiadalem ja
znajomemu doktorantowi Zarzadzania, on nawet sie nie zdziwil.
Podobno jakies 10 lat temu staral sie (jeszcze jako student) o dorywcza
prace w nowopowstalym, warszawskim oddziale krakowskiej duzej firmy
reklamowej na warszawskim Mokotowie.
Takie tam, przynies podaj, pozamiataj, co by dorobic. ''Studiuje tu
niedaleko, moze moglbym czasem w czyms pomoc, cos zrobic za jakies
niewielkie pieniadze?'' - zapytal. ''Nie, nie - uslyszal w odpowiedzi - wie
pan my tu mamy swoich studentow z Krakowa"

Komentarz?
Nie bedzie.

Pozdrawiam
Szuwaks



Odpowiedzi "bo od tej stacji mam daleko do domu a jakby byla blizej to
mialbym blizej" nei bede traktowal jako odpowiedz.


Problem lezy glownie w odleglosci stacji metra od przystankow
tramwajowych i autobuowych. Np. na pl. Bankowym pierwotnie planowano
stacje pod samym placem przed zespolem budynkow projektowanych przez
Corraziego, w ktorych miesci sie urzad wojewodzki i jest siedziba
prezydenta Warszawy.
Niestety wystraszono sie, skutkow - korkow jakie mogly by byc w efekcie
2-3 lat budowy i stacje przesunieto pod trawnik gdzie planowano druga
jezdnie ul. Andersa. Fakt, ze budowa do czasu rozpoczecia prac przy
przejsciach podziemnych nie kolidowala z ruchem ulicznym, ale okazalo
sie, ze aby dostac sie do metra z naziemnych srodkow transportu
miejskiego trzeba stworzyc nowe zespoly przystankow dublujace juz
istniejace. Podobnie bylo tak samo na placu Wilsona. Na Slodowcu stacja
powstala na srodku wielkiego trawnika z dala od przystankow tramwajowych
i autobusowych. Koniecznosc przejscia z tramwaju 200 lub 300 metrow do
wejscia na stacje metra, albo inny przystanek autobusowy stawia pod
znakiem zapytania sens takiej przesiadki. W sytuacji gdy w miastach
Europy Zachodniej, a nawet juz i w Polsce (Gdansk, Poznan) bardzo czesto
organizuje sie wezly przesiadkowe pozwalajace na przesiadke "drzwi w
drzwi".
Zawsze sie zastanawiam w ile czasu i jaka droge musi przebyc czlowiek
niedolezny aby po wyjsciu z autobusu jadacego w kierunku Mokotowa, na
przystanku w zespole Centrum, polozonego na Marszalkowskiej kolo Zlotej,
dostac sie na przystanek kolo dawnego Forum do autobusu w Alejach, w
kierunku Pragi.

Inna sprawa jest rezygnacja z budowy stacji pl. Konstytucji odcinajac
znaczna czesc poludniowego Srodmiescia od bezposredniego dostepu do
metra i podobna sytuacja na Muranowie. Jest to swoiste kuriozum, ze
stacje metra gesciej sa na przedmiesciach, niz w samym centrum miasta.

Jak na razie najlepiej zlokalizowana jest stacja Wilanowska, poniewaz
jej srodek wypada pod Pulawska, zapewniajac dobre polaczenie z
przystankami tramwajowymi, gorsze z petla autobusowa, ale tu nalezalo by
przemyslec zmiane lokalizacji tej petli na blizsza do ktoregos wyjscia
ze stacji.

Krzysztof


http://www.zw.com.pl/zw2/...35253&page=text

Trasa powstanie w wykopie

autor: Tomasz Kunert, ak, 2007-05-25, Ostatnia aktualizacja: 2007-05-25

Arteria przy osiedlach wzdłuż Włodarzewskiej zostanie wybudowana za około sześć lat – zakładają plany Zarządu Dróg Miejskich.
Mieszkańcy bloków, przy których ma biec droga łącząca Trasę Armii Krajowej z południową obwodnicą Warszawy, zwołali wczoraj zebranie w klubie osiedlowym. – Droga będzie w miejscu osiedlowego parkingu – mówi Artur, mieszkaniec jednego z budynków. – Czyli kilkanaście metrów od naszych okien. Na zablokowanie budowy trasy lokatorzy nie mają raczej szans – była wpisana w miejskie mapy od dawna, zanim jeszcze powstały bloki. Przyszli mieszkańcy nie wiedzieli o tym, bo deweloperzy takich informacji im nie udzielali.

– Otwarte jest pytanie, kiedy ta droga powstanie. Odpowie na nie przygotowywany wieloletni plan inwestycyjny miasta – mówi Maurycy W. Komorowski, burmistrz dzielnicy. – Jeśli okaże się, że trasa N-S będzie konieczna na Euro 2012, to zapewne powstanie szybciej, jeśli nie, to może się trochę odsunąć w czasie. Zarząd Dróg Miejskich ma już tzw. studium wykonalności arterii oraz raport o oddziaływaniu na środowisko. Obecnie przygotowywany jest wniosek do urzędu wojewódzkiego o wydanie decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach inwestycji. – Potem wystąpimy o decyzję lokalizacyjną – mówi Urszula Nelken, rzecznik ZDM. – W przyszłym roku rozpoczęłyby się prace projektowe.

Budowa 10 km trasy potrwa ok. trzech lat. Pewnym pocieszeniem dla osób mieszkających w pobliżu planowanej trasy N-S jest to, że zmieniła się nieco koncepcja drogi – nie będzie już ekspresowa, czyli o dwóch jezdniach po trzy pasy ruchu, droga główna i jezdnie będą miały po dwa pasy ruchu. Wzdłuż zamieszkałych terenów jezdnie pobiegną w obsadzonym zielenią i osłoniętym ekranami akustycznymi wykopie.

Od Trasy Armii Krajowej planowana droga pobiegnie nad torami kolejowymi przy CH Wola Park, przetnie Górczewską, Wolską, Aleje Jerozolimskie i potem wzdłuż torów kolei radomskiej dojdzie do Marynarskiej i do węzła drogowego przy lotnisku Okęcie. Właśnie ten końcowy odcinek uprzykrzy życie mieszkańcom osiedli przy Włodarzewskiej, Zadumanej oraz z Mariny Mokotów.

Elżbieta Lanc karierę polityczną zaczynała w PSL, ale w ostatnich wyborach samorządowych dostała się do sejmiku, startując pod sztandarami PiS. Odnalazła się w nowej rzeczywistości - porzuciła kolegów z PiS i zgłosiła akces do klubu PO. Dzięki temu szybko znalazła zatrudnienie. Pracuje dziś jako wiceprezes kontrolowanej przez warszawską PO spółki miejskiej Przedsiębiorstwo Gospodarki Maszynami Budownictwa "Warszawa". - Dam radę. Z wykształcenia jestem wprawdzie polonistką, a budownictwo to ścisła branża, ale zdawałam maturę według starych zasad, egzamin z matematyki był naprawdę na wysokim poziomie - mówi.
Ta była radna PSL i PiS jest jedną z 11 radnych w 18-osobowym klubie PO w sejmiku, którzy mają posady w instytucjach zależnych od kontrolowanego przez partię Tuska samorządu, urzędu wojewódzkiego lub rządu.
Prawo zabrania wprawdzie radnym brania stanowisk w urzędach i spółkach, które im bezpośrednio podlegają - np. radny Warszawy nie może pracować w stołecznym ratuszu - jednak nasi radni znaleźli na to sposób. Zatrudniają się na podstawie transakcji wiązanych: radni wojewódzcy dostają posadę w urzędach i spółkach zależnych od ratusza. W zamian za to radni Warszawy realizują się zawodowo w miejscach zależnych od samorządu województwa. Dzięki temu radni z pracy w radzie, spółkach i urzędach mają dochody sięgające najczęściej 10 tys. zł miesięcznie. Mocodawca, który decyduje o zatrudnieniu, jest jeden - to władze partii. Prawa się w ten sposób nie łamie.
Najmłodsza radna sejmiku z klubu PO Olga Łyjak rok temu trafiła do rady nadzorczej miejskiej spółki Przedsiębiorstwo Robót Elewacyjnych Budownictwa Warszawa Sp. z o.o.
Leszek Ruszczyk ma posadę szefa radomskiego PKS, czyli spółki wojewody. - Motoryzacja jest mi szczególnie bliska, skończyłem samochodową szkołę średnią. Pracowałem też w radomskiej Spółdzielni Transportu Wiejskiego - tłumaczy.
Lider PO w sejmiku i wicemarszałek województwa Ludwik Rakowski, dzięki nominacji prezydent Warszawy, pracuje w radzie nadzorczej spółki miejskiej Pałac Kultury i Nauki.
Radny PO Krzysztof Skolimowski to wiceburmistrz Mokotowa i członek rady nadzorczej warszawskiej spółki Szybka Kolej Miejska. Muszę się przyznać do tego, że od zawsze interesowałem się ogólnie rozumianym transportem, szczególnie drogami - wyznaje.
Źródło: Gazeta Wyborcza - 09.03.2009

Miliony anonimów zalewają urzędy. Donoszą wszyscy: ojcowie na dzieci, narzeczone na byłych chłopaków. Najwięcej pism od "życzliwych" odbierają skarbówki - kilkaset tysięcy w roku (...)

Prawdziwe oblężenie przeżywają jednak urzędy skarbowe. Najczęściej przychodzą listy od sąsiadów, którzy informują, że fryzjerka na lewo strzyże w domu, a ci spod piątki to na czarno pracują w Szkocji i właśnie wrócili. - Donosy przysyłają także zawiedzeni kochankowie, najbliższa rodzina czy podwładni z pracy - wymienia Iwona Sadrzak, kierownik referatu w dziale kontroli podatkowej Urzędu Skarbowego Warszawa-Mokotów. Byli pracownicy czasem dokładnie opisują przekręty w szefów.(...)

Dobry obywatel czy kapuś? Prof. Jerzy Bralczyk, językoznawca: - Odpowiem uczciwie - nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Trzeba spojrzeć na każdy przykład indywidualnie. Z jednej strony to polskie cwaniactwo, do którego przywykliśmy przez lata. Sama idea donoszenia jest zła. Ale cóż ma zrobić obywatel, jeżeli widzi, że ktoś celowo łamie prawo, nie płaci podatków i naśmiewa się ze wszystkich, że ma więcej, bo oszukuje. Udawanie, że się tego nie widzi, także nie jest dobre. Każdy musi samemu zdecydować, czy donosić, czy nie.

Kuba Wojewódzki: - Przykład idzie z samej góry. Zaczęło się od IPN. Więc zgodnie z duchem czasu każdy z nas powinien znaleźć sobie takiego własnego kapusia, który będzie miał zajęcie i będzie nam donosił. Mówię to pół żartem, pół serio z jakąś większą odrobiną serio. Ale tak naprawdę to mamy tu do czynienia z brunatną etyką, jaka stała się podstawą IV RP, czyli donoszeniem i kapowaniem każdego na każdego.

źródło: GAZETA METRO

W jakim my kraju żyjemy? Kapusie i donosiciele żyją wśród nas. Nie wiadomo, czy się śmiać z tego czy płakać. Co z tą Polską?

za pap
Serial "Ballada o lekkim zabarwieniu erotycznym" naruszył w sposób jednoznaczny zasady programowe, jakimi powinna kierować się telewizja publiczna - orzekła Rada Programowa TVP.
Przyjęte w środę stanowisko Rady Programowej przesłało PAP biuro prasowe TVP.
Według Rady, Sławomir Zieliński, dyrektor programu I TVP, w którym we wczesnych godzinach wieczornych był emitowany serial, "w sposób zdecydowany" złamał przepisy ustawy o rtv
W najbliższym czasie Rada podejmie uchwałę w sprawie "Ballady...".
Podobne stanowisko zajęła we wtorek Komisja Etyki TVP. Uznała ona, że nadawca, producent i autorzy cyklu programów "Ballada o lekkim zabarwieniu erotycznym" naruszyli zasady etyki dziennikarskiej obowiązujące w Telewizji Polskiej i mieli zamiar "uzyskać komercyjny wynik oglądalności", stąd pora emisji filmu i "wielokrotne eksponowanie scen prezentujących treści o charakterze erotycznym, wzmacniane scenami inscenizowanymi".
Komisja Etyki TVP zbadała sprawę telenoweli dokumentalnej Ireny i Jerzego Morawskich "Ballada o lekkim zabarwieniu erotycznym" po otrzymaniu skargi rzecznika praw dziecka Pawła Jarosa, a także telefonicznych i e-mailowych opinii widzów. Zdaniem rzecznika, emisja serialu mogła zagrażać psychicznemu i moralnemu rozwojowi niepełnoletnich. Serial został zdjęty z anteny pod koniec lutego.
Serial, nadawany przez kilka miesięcy przez Telewizję Polską, opowiadał o młodych, często niepełnoletnich dziewczętach, podejmujących pracę w branży erotycznej, w agencji prowadzonej przez Cezarego Mończyka.
Sprawą "Ballady..." zajmuje się także Prokuratura Rejonowa dla Warszawy-Mokotowa, do której Zespół ds. Pomocy Ofiarom Przestępstw przy Urzędzie Miasta skierował zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez Mończyka.

Trudno bedzie teraz PO krytykoawac koalicje za obsadzanie stanowisk swoimi kolesiami. Okazuje sie, ze PO niczym sie nie rozni od Samoobrony. Nie wierzycie? Oto kilka faktow:
Źrodlo: www.wprost24.pl

"Bezapelacyjnym liderem „kolekcjonerow", jak w Warszawie nazywa się juz samorzadowcow platformy, jest czlonek regionalnych wladz PO Robert Soszynski. Na swoim koncie mial do niedawna az piec stanowisk. Obecnie ma ich cztery: jest radnym wojewodzkim, przewodniczacym sejmiku, burmistrzem Mokotowa i czlonkiem rady nadzorczej Palacu Kultury i Nauki. Z piatego musial zrezygnowac, bo prawo nie pozwala na laczenie az tylu funkcji.
W urzedach podleglych Hannie Gronkiewicz-Waltz zatrudnienie znajduja takze cale rodziny lokalnych dzialaczy PO. Przykladem jest malzenstwo laptaszynskich. Ona jest dzielnicowa radna oraz pracownikiem departamentu funduszy strukturalnych i pomocowych urzedu marszalkowskiego wojewodztwa, on – wicedyrektorem jednego z departamentow w tym samym urzedzie. Inny radny platformy, Piotr Wertenstein–zulawski, zalatwil swojej matce stanowisko rzecznika prasowego w urzedzie dzielnicy Ochota. Jeszcze gorzej wyglada sytuacja w Urzedzie Stanu Cywilnego. Jego szefowa zostala niedawno Iwona Basior, prywatnie zona niedoszlego radnego platformy. Kierownicze stanowisko w USC poltora miesiaca temu otrzymala takze byla radna PO Hanna Kardaszewicz. Z kolei jej meza zatrudnil u siebie rekordzista wsrod „kolekcjonerow" Robert Soszynski. Z partyjno-rodzinnego klucza skorzystala tez radna PO Joanna Tucholska. Zalatwila swojej matce prace w… miejskiej bibliotece, ktora kieruje byly posel PSL Michal Strak.
Na tym jednak nie koniec. Na eksponowane stanowiska w ratuszu przyjmowani sa ludzie z pominieciem procedury konkursowej. W taki sposob prace znalazl na przyklad Miroslaw Sielatycki, ktory zostal niedawno p.o. wicedyrektora biura edukacji urzedu. Z prosba wyjasnienie tej sprawy do prezydent Warszawy zwrocilo sie juz nawet MSWiA."

Nie zeby mnie to cieszylo. Wolalbym, zeby takich praktyk w Polsce nie bylo. Okazuje sie jednak, ze porzadnych partii w Polsce po prostu nie ma.
Szkoda.

Poseł PiS Karol Karski twierdzi, że Hanna Gronkiewicz-Waltz odbudowuje w stolicy układ warszawski. Czy tak jest rzeczywiście? "Wprost" dotarł do informacji, z których wynika, że prezydent Warszawy powiela praktyki Samoobrony w podległych jej urzędach - rozdaje swoim współpracownikom po kilka stanowisk, zatrudnia ich rodziny, omija konkursy.

Bezapelacyjnym liderem „kolekcjonerów", jak w Warszawie nazywa się już samorządowców platformy, jest członek regionalnych władz PO Robert Soszyński. Na swoim koncie miał do niedawna aż pięć stanowisk. Obecnie ma ich cztery: jest radnym wojewódzkim, przewodniczącym sejmiku, burmistrzem Mokotowa i członkiem rady nadzorczej Pałacu Kultury i Nauki. Z piątego musiał zrezygnować, bo prawo nie pozwala na łączenie aż tylu funkcji.
W urzędach podległych Hannie Gronkiewicz-Waltz zatrudnienie znajdują także całe rodziny lokalnych działaczy PO. Przykładem jest małżeństwo Łaptaszyńskich. Ona jest dzielnicową radną oraz pracownikiem departamentu funduszy strukturalnych i pomocowych urzędu marszałkowskiego województwa, on – wicedyrektorem jednego z departamentów w tym samym urzędzie. Inny radny platformy, Piotr Wertenstein–Żuławski, załatwił swojej matce stanowisko rzecznika prasowego w urzędzie dzielnicy Ochota. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja w Urzędzie Stanu Cywilnego. Jego szefową została niedawno Iwona Basior, prywatnie żona niedoszłego radnego platformy. Kierownicze stanowisko w USC półtora miesiąca temu otrzymała także była radna PO Hanna Kardaszewicz. Z kolei jej męża zatrudnił u siebie rekordzista wśród „kolekcjonerów" Robert Soszyński. Z partyjno-rodzinnego klucza skorzystała też radna PO Joanna Tucholska. Załatwiła swojej matce pracę w… miejskiej bibliotece, którą kieruje były poseł PSL Michał Strąk.
Na tym jednak nie koniec. Na eksponowane stanowiska w ratuszu przyjmowani są ludzie z pominięciem procedury konkursowej. W taki sposób pracę znalazł na przykład Mirosław Sielatycki, który został niedawno p.o. wicedyrektora biura edukacji urzędu. Z prośbą wyjaśnienie tej sprawy do prezydent Warszawy zwróciło się już nawet MSWiA.
- Gronkiewicz-Waltz jak odkurzacz wciąga swoich ludzi do ratusza i innych urzędów. Biorąc pod uwagę, że część tych ludzi to działacze SLD, to trzeba stwierdzić, że na naszych oczach odtwarza się układ warszawski. Teraz widać po co platformie była potrzebna władza w Warszawie – mówi „Wprost" warszawski poseł PiS Karol Karski, który poprosił resort spraw wewnętrznych o interwencję w sprawie polityki kadrowej prezydent stolicy.

Więcej w najbliższym wydaniu tygodnika „Wprost", w sprzedaży od poniedziałku, 11 czerwca

Stolica chce ujednolicić adresy internetowe

Jak szybko odnaleźć oficjalną stronę internetową dzielnicy? Tylko osiem z
nich ma adresy oparte na schemacie www.nazwa.waw.pl. Reszta rządzi się
swoimi prawami.

Wydawać by się mogło, że najprostszym sposobem na ujednolicenie oficjalnych
stron dzielnicowych jest zatem opatrzenie ich domeną waw.pl. Nie ma
przeciwwskazań dla Wilanowa, Rembertowa, Śródmieścia i Ursusa - domeny te
są nadal wolne. Gorzej z pozostałymi, które należą do prywatnych
operatorów.

Janusz Górski jest właścicielem działających od czterech lat serwisów
lokalnych www.wawer.waw.pl i www.zoliborz.waw.pl. Na jego stronie można

urzędów.

- Internauci gubią się w adresach - twierdzi. - Często przychodzą do mnie
pytania kierowane do dzielnicowych urzędników.
Zastrzega jednak, że nie ma zamiaru zrezygnować z dotychczasowych stron.

- Mam stałych gości, którzy moje serwisy traktują jako sąsiedzkie fora -
mówi.

Dariusz Nowak-Nova z Biura Promocji Miasta, odpowiedzialny za wizerunek
miasta w sieci, proponuje więc inne rozwiązanie: - Rozpoczęliśmy procedurę
odzyskiwania domeny warszawa.pl. Na niej ma się rozwijać ujednolicony
system nazewnictwa miejskich serwisów - tłumaczy.

Na razie na takim schemacie funkcjonują witryny kulturalna.warszawa.pl i
zdrowa.warszawa.pl oraz dzielnic Wawer, Ursus i Śródmieście.

- Zaproponowałem dzielnicom uczestnictwo w strukturze portalu na podobnych
zasadach, na jakich budowane są serwisy tematyczne - mówi. Odzew jest
jednak niewielki, tylko Ursus rozpoczął prace nad wejściem w ten system.

Jak podkreśla Dariusz Nowak-Nova, ujednolicenie adresów i grafiki stron nie
naraża miasta na dodatkowe koszty. Są na to pieniądze w budżecie
przeznaczonym na promocję Warszawy. Dzielnicowi urzędnicy musieliby wykazać
się większą inicjatywą, by nadążyć za wzmożonym zainteresowaniem
mieszkańców Internetem.

Anna Brzezińska

Dzielnice w Internecie:
Bemowo - www.bemowo.waw.pl
Białołęka - www.bialoleka.waw.pl
Bielany - www.bielany.waw.pl
Mokotów - www.mokotow.waw.pl
Ochota - www.urzadochota.waw.pl
Praga Płd. - www.pragapld.waw.pl
Praga Pn. - www.praga-pn.waw.pl
Rembertów - www.warszawarembertow.pl
Śródmieście - www.srodmiescie.warszawa.pl
Targówek - www.targowek.waw.pl
Ursus - www.ursus.warszawa.pl
Ursynów - www.ursynow.waw.pl
Wawer - www.wawer.warszawa.pl
Wesoła - www.wesola.waw.pl
Wilanów - www.wilanow.pl
Włochy - www.ud-wlochy.waw.pl
Wola - www.wola.waw.pl
Żoliborz - www.zoliborz.org.pl

Zainteresowanie portalem Wirtualna Stolica (www.um.warszawa.pl), na której
znajdują się m.in. linki do dzielnic:
- ilość odwiedzin w miesiącu 120 - 160 tys.
- ilość odsłon w miesiącu 700 - 800 tys. (w styczniu aż 912 tys.)


Poradnia Psychoterapii Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie przy ul.
Belgijskiej 4 w Warszawie została powołana w dniu 28.22.2003 zarządzeniem
935/2003 prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego. Poradnia funkcjonuje w
strukturach Samodzielnego Zespołu Publicznych Zakładów Lecznictwa Otwartego
Warszawa-Mokotów. Od 2004 roku Poradnia funckcjonowała w ramach przyznanej
dotacji podmiotowej z Urzędu Miasta.

W chwili obecnej w Poradni zarejestrowanych jest ponad 750 pacjentów z
następujących grup:

- osoby pozostające w związkach małżeńskich i partnerskich w których
doświadczają przemocy
- osoby z zespołem stresu pourazowego po jednorazowym lub kilkukrotnym
doznaniu przemocy fizycznej i/lub seksualnej
- osoby doświadczające przemocy w domu rodzinnym ze strony rodziców,
rodzeństwa lub dalszej rodziny
- dzieci doświadczające obecnie lub w przeszłości przemocy ze strony członków
własnej rodziny
- osoby stosujące różne rodzaje przemocy które do Poradni zgłosiły się
dobrowolnie pragnąc zmienić swoje zachowania
- osoby stosujące różne rodzaje przemocy skierowane na terapię korekcyjną
przez sąd

Główne kierunki pomocy oferowane przez Poradnię:

- grupy wsparcia dla kobiet doznających przemocy
- grupy terapeutyczne dla osób z zespołem stresu pourazowego
- indywidualna terapia krótko i długoterminowa dla osób doznających przemocy
w rodzinie, ofiar nadużyć seksualnych i zgwałceń
- grupy rozwoju umiejętności wychowawczych dla rodziców z rodzin z problemem
przemocy
- indywidualna terapia i konsultacje dla dzieci i rodziców z rodzin z
problemem przemocy
- treningi psychologicznej i fizycznej samoobrony dla kobiet skierowanych na
taki trening przez terapeutów prowadzących
- trening kontroli i redukcji zachowań agresywnych dla mężczyzn zgłaszających
się dobrowolnie
- trening kontroli i redukcji zachowań agresywnych dla mężczyzn skierowanych
sądownie
- indywidualne konsultacje terapeutyczno korekcyjne dla mężczyzn
przejawiających zachowania agresywne
- konsultacje prawnicze dla kobiet – ofiar przemocy
- konsultacje specjalisty od spraw socjalnych dla kobiet – ofiar przemocy
- konsultacje i diagnozy psychiatryczne

Funkcjonowanie Poradni wpisane jest w miejski system pomocy – placówka
współpracuje z Ośrodkami Pomocy Społecznej, komendami policji, strażą miejską
i kuratorami. W chwili obecnej obłożenie placówki pacjentami jest pełne -
czas oczekiwania na pierwszą wizytę konsultacyjną dochodzi do 3 tygodni.

Wszystkie usługi Poradni są bezpłatne. Z pomocy specjalistów korzystać może
każda osoba mieszkająca na terenie Warszawy.

Od momentu rozpoczęcia adaptacji pomieszczeń do chwili obecnej koszt
całkowity funkcjonowania Poradni (adaptacja, opłaty lokalowe, pensje dla
pracowników, sprzęt itd.) wyniósł jeden milion siedemset siedemdziesiąt dwa
tysiące złotych.

W chwili obecnej Poradni grozi zamknięcie. Placówka przestanie funkcjonować
najprawdopodobniej w styczniu lub lutym 2006. Bezpośrednią przyczyną
zagrożenia zamknięciem są trudności formalne związane z odbiorem pomieszczeń.
Co najmniej zastanawiająca jest jednak opieszałość i nieporadność władz w
rozwiązaniu czysto formalnego problemu, która doprowadza do uniemożliwienia
przyznania przez miasto kolejnej dotacji. W efekcie zamknięcia placówki cała
praca terapeutyczna zostanie przerwana, dotychczas włożone pieniądze zostaną
zmarnowane a pomieszczenia wyremontowane kosztem miasta staną puste. Dla
ponad 750 pacjentów i masy ciągle zgłaszających się nowych osób nie
zaproponowano żadnej alternatywy. Z chwilą zamknięcia Poradni te osoby
zostaną po prostu pozostawione same ze swoim problemem.

Zespół Poradni wyczerpał już wszystkie urzędowe metody załatwienia sprawy.
Ponieważ droga formalna okazuje się zupełnie nieskuteczna decydujemy się
skorzystać z pomocy mediów i maksymalnie nagłośnić sytuację. Osoby
zainteresowane uzyskaniem bliższych informacji na ten temat mogą kontaktować
się z zespołem poradni telefonicznie pod nr. (022) 845 12 12  codziennie w
godzinach 8.00-20.00.



Podejrzewam, że
niebawem regionalna wybiórcza popełni stosowny artykuł, bo dotąd
regularnie relacjonowali MPRDowe realizacje.


Wykrakałem:
http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,3091092.html

Ratusz wygania MPRD z rozgrzebanego skrzyżowania pod Galerią Mokotów

  Małgorzata Zubik 31-12-2005 , ostatnia aktualizacja 30-12-2005 23:58

W piątek władze Warszawy zerwały umowę z MPRD na przebudowę skrzyżowania
Wołoskiej, Marynarskiej i Rzymowskiego. W lutym miasto chce podpisać
kontrakt z nową firmą, która odda nowy węzeł komunikacyjny latem

Jedno z najważniejszych skrzyżowań na południu Warszawy MPRD rozgrzebało
jesienią zeszłego roku. Na budowie zazwyczaj nie widać żywego ducha, za
to całą okolicę paraliżują korki.

Zerwanie umowy z MPRD ratusz zapowiadał na łamach "Gazety" już latem.
Ostatecznie nowy sekretarz miasta Mirosław Kochalski zdecydował się na
to w piątek w południe. Oto powody: * upłynął termin budowy * są już
nakazy sądowe o zajmowaniu majątku Miejskiego Przedsiębiorstwa Robót
Drogowych, które ma problemy finansowe.

Ratusz zaprasza inną firmę

Kontrakt był wart ok. 28 mln zł, firma dostała z tego połowę. Wybieranie
nowego wykonawcy nie powinno potrwać długo, bo już kilka tygodni temu
ratusz poprosił Urząd Zamówień Publicznych o zgodę na zlecenie z wolnej
ręki. Pozwolenie właśnie dostał. Urzędnicy liczą, że kontrakt z nowym
wykonawcą podpiszą w połowie lutego. Wtedy skrzyżowanie przy Galerii
Mokotów mogłoby być gotowe do końca sierpnia.

- Budowa będzie kosztowała o kilka milionów złotych więcej niż w
kontrakcie. Zdajemy sobie z tego sprawę, ale teraz prace będą prowadzone
na trzy zmiany, przy użyciu najnowszych technologii. Decydujemy się na
to, żeby udrożnić to skrzyżowanie - powiedział sekretarz miasta.

MPRD o wszystkim dowiedziało się od dziennikarzy. Dlatego że - jak
poinformował Mirosław Kochalski - firma nie wpuściła przedstawiciela
Zarządu Dróg Miejskich i radcy prawnego z oświadczeniem o odstąpieniu od
umowy. Pismo wysłano więc listem poleconym.

Rzeczniczka MPRD Aneta Awtoniuk jak zawsze przekonywała, że to jej firma
ma rację: - Miasto próbuje się ratować, bo winny opóźnieniom jest
wyłącznie ZDM - stwierdziła i podała przykłady: * błędy w dokumentacji
technicznej zamówionej przez urzędników * zwlekanie z rozwiązywaniem
problemów związanych z inwestycją (np. na decyzję, co zrobić ze źle
zaprojektowaną magistralą wodną MPRD miało czekać aż 405 dni).

MPRD woła prokuratora

Mirosław Kochalski liczy się z tym, że MPRD może pozwać miasto do sądu.
- Podjęliśmy ryzyko, ponieważ blokowanie tej inwestycji to duży problem
społeczny - podkreśla.

W piątek w MPRD usłyszeliśmy jednak, że spółka wcale nie wybiera się do
sądu. Bo procesy trwają zbyt długo. - Jak już dostaniemy to pismo z
ratusza, poprosimy o wejście na budowę prokuratora i będziemy się
zastanawiać, co dalej - zapewnia Aneta Awtoniuk.

Piątkowa decyzja w sprawie budowy pod Galerią Mokotów to tylko początek
przeglądu ślimaczących się inwestycji w mieście, które powierzono MPRD.
Pod lupę urzędników i miejskich prawników trafią też budowa ul.
Górczewskiej (termin jej oddania minął rok temu), ul. Patriotów i al.
KEN. Ratusz ma dość wykonawców, którzy wygrywają przetargi na siłę,
korzystając z tego, że komisja przetargowa przy wyborze kieruje się
wyłącznie najniższą ceną. Mirosław Kochalski zapowiedział, że ratusz
będzie stawiać wykonawcom ostre wymagania: mają być doświadczeni i
stabilni finansowo.


Super Express, 2006-01-04, środa

Łukasz Krajewski

KORKI PRZY GALERII Mokotów TO EWIDENTNA WINA MIEJSKICH URZĘDNIKÓW

Skrzyżowanie niemocy

Władze stolicy próbują odwrócić kota ogonem. Przy tym nie szanują ani czasu,
ani pieniędzy warszawiaków. Miejscy włodarze, zrywając umowę z wykonawcą
prac koło Galerii Mokotów, próbują zrzucić na tę firmę całą winę. To jednak
przez urzędników z Zarządu Dróg Miejskich prace stanęły, a warszawiacy
ciągle muszą w żółwim tempie przejeżdżać przez okoliczne ulice.

Ciągłe poprawki planów

„Brak postępu na budowie wynika z błędów dokumentacyjnych, leżących po
stronie inwestora" - czytamy w opinii dr inż. Krzysztofa Grodkowskiego,
rzeczoznawcy z wydziału inżynierii lądowej Politechniki Warszawskiej. Według
specjalisty, przez błędy i zaniedbania ze strony miasta wykonawca musiał
przez wiele miesięcy czekać na poprawienie m.in. planów budowy estakady.

-Już od kilkunastu miesięcy borykamy się z poprawianymi planami,
przesyłanymi zresztą z opóźnieniem przez ZDM, i ciągle odkrywamy kolejne
poważne uchybienia - załamuje ręce Aneta Awtoniuk (27 l),rzecznik wykonawcy,
firmy MPRD.

- Wykonawca jest nierzetelny i nie dotrzymuje terminów – odbija piłeczkę
Mirosław Kochalski sekretarz stolicy. Miasto wywalczyło zgodę prezesa Urzędu
Zamówień Publicznych na zerwanie umowy z wykonawcą, zrzucając całą winę za
gigantyczne opóźnienie właśnie na niego.
-Decyzja została wydana w oparciu o wniosek miasta, który uzasadniony był
m.in. przekroczeniem terminu przez MPRD - mówi Anita Wichniak-Olczak,
rzecznik UZP.

Miasto gra nieczysto

Sama rzeczniczka przyznaje jednak, że nie zapoznano się ze stanowiskiem
firmy. Zgoda prezesa na zerwanie umowy przez miasto z budowlańcam może
zostać cofnięta w każdej chwili.

-Jak na razie mamy w ręku dokument, na podstawie którego możemy wyrzucić
MPRD i z wolnej ręki wybrać nowego wykonawcę - komentuje sytuację Mirosław
Kochalski.

Miasto wychodzi z pozycji siły i nie gra fair, nie przyznając się do swoich
poważnych potknięć. Do tego wypomina wykonawcy, że za szybsze skończenie
prac przez zmianę technologii żądało dodatkowych 4 mln zł. Teraz i tak
trzeba będzie je wydać, płacąc nowej firmie, ale wcale nie jest powiedziane,
że roboty przyspieszą. Inwestycji grozi zatrzymanie przez inspekcje i sądy.

- Nie zostawimy tak tej sytuacji. Wysłaliśmy wnioski do UZP, prokuratury
oraz Inspektoratu Nadzoru Budowlanego o sprawdzenie tego, kto naprawdę jest
winny tej sytuacji - mówi Awtoniuk.

W tej sytuacji znów najbardziej poszkodowani będą warszawiacy, którzy tracą
resztki nerwów, próbując przedostać się przez okolice skrzyżowania Wołoskiej
i Marynarskiej.

[Zdjęcie: Na zdjęciu estakada przy Galerii Mokotów]

Prace mogą być wstrzymane przez inspekcję i sądy. A warszawiacy tracą
resztki nerwów, próbując przedostać się przez ogromne korki.

[Zdjęcie; Na zdjęciu Andrzej Urbański z zasłoniętymi ustami]

Andrzej Urbański były wiceprezydent miasta- odpowiadał za przygotowanie
inwestycji drogowych w Warszawie. Odchodząc do Kancelarii Prezydenta
zostawiło po sobie bałagan na Wołoskiej.

[Zdjęcie: Na zdjęciu Mirosław Kochalski z zasłoniętymi oczami]

Mirosław Kochalski, sekretarz miasta i prawdopodobnie kandydat Pis na
prezydenta Warszawy- próbuje mydlić warszawiakom oczy i naraża ich na
kolejne miesiące korków koło Galerii Mokotów.

[Zdjęcie: Na zdjęciu Marek Mistewicz z zasłoniętymi uszami]

Marek Mistewicz, dyrektor Zarządu Dróg Miejskich, jego podwładni nie
dopilnowali inwestycji na Wołoskiej. Jest głuchy na prośby mieszkańców i ich
zarzuty. Woli się kłócić i drzeć koty, niż naprawić swoje błedy.


Powitanko,
Tym razem wyrecze Rica;-)
Sa miasta, ktore juz pozbyly sie wiekszosci lokali komunalnych. Ciekawe czy
uda sie to w Warszawie. Z lokalami komunalnymi nie powinno byc problemu,
gorzej z wlasnoscia Skarbu Panstwa.
http://www.zw.com.pl/apps/informacje/warszawa//tekst.jsp?place=zw_war...
ist_articles&news_id=10899

Wielu warszawiaków chciałoby wykupić mieszkania komunalne. - Ze 115 tysięcy
takich mieszkań powinniśmy zostawić tylko co dziesiąte - uważają radni
UPR. - Resztę należy sprzedać.
Mieszkańcy domu przy ul. Koźmiana 2 starają się od lat o wykupienie lokali.
Bezskutecznie. - Mieszkania niszczeją, nie przeprowadza się koniecznych
remontów ? mów Zofia Czarnocka. Blok jest własnością skarbu państwa. Do
niedawna był administrowany przez starostwo powiatowe. Jednak to powierzyło
zarządzanie nieruchomością prywatnej spółce.
Płacą jak za zboże
Z czynszu opłacany jest hydraulik i elektryk. Tymczasem i tak musimy płacić
za każdą pracę wykonaną w naszych mieszkaniach - mówi Jan Rybka. - Znalazłem
firmę, która pewne prace w naszym budynku chciała wykonać za trzy tysiące
złotych. Zarząd zlecił wykonanie tych zadań innemu przedsiębiorstwu i
zapłacił mu... osiem tysięcy - dodaje.
Mieszkańcy bloku założyli grupę inicjatywną. Chcą wykupić mieszkania i sami
nimi zarządzać w ramach wspólnoty. Jednak w związku z tym, że właścicielem
ich nieruchomości jest skarb państwa, na wykup lokali musi zgodzić się
wojewoda.
Biurokratyczne korowody
W sierpniu 2002 r. otrzymaliśmy pismo od mieszkańców Koźmiana 2, jednak z
wnioskiem do nas o zgodę na wykup lokali musiały wystąpić władze powiatu -
mówi Aneta Bodzyńska, pracownik biura prasowego wojewody. - Przekazaliśmy
więc sprawę staroście. Teraz jego kompetencje w tym zakresie przejęły władze
miasta. Nie wpłynął do nas do tej pory wniosek o zgodę na zbycie tych
lokali. Musi wystąpić z nim prezydent Warszawy - dodaje. Radny Żoliborza
Jerzy Lipka zwrócił się do prezydenta o przyspieszenie procedury. - W
najbliższym czasie prezydent na pewno wystąpi z odpowiednim wnioskiem -
zapewnia Piotr Woliński, dyrektor zarządu mienia skarbu państwa w Urzędzie
Miasta Stołecznego Warszawy. - Chcemy, aby miasto sprzedało z bonifikatą w
wysokości 95,5 proc. mieszkania komunalne dotychczasowym najemcom - mówi
Stanisław Wojtera, prezes Unii Polityki Realnej i radny Warszawy. Jego
partia podaje receptę na uporanie się z mieszkaniowymi problemami miasta.
Utrzymanie mieszkań komunalnych bardzo dużo kosztuje. W tym roku władze
miasta przeznaczyły na te cele ponad 42 mln zł. Śródmiejski zarządca
budynków komunalnych ma dochody w wysokości 263 mln zł, a i tak musi liczyć
na cztery miliony złotych z dotacji budżetu miasta. Na Mokotowie przychody
ZBK to 177 mln zł, a dotacja - 3,8 mln.
Pozbyć się ciężaru
Należałoby zachować tylko 10 proc. dzisiejszej liczby lokali komunalnych z
myślą o zaspokojeniu wymogów ustawy - mówi Wojtera. - W Warszawie jest 115
tysięcy mieszkań komunalnych należących do miasta. Powinno ich być 11,5
tysiąca - uważa prezes UPR. Do tej pory prywatyzowano 4500 lokali rocznie. -
Zmniejszenie liczby lokali komunalnych do 10 proc. spowodowałoby, że miasto
przestałoby realizować zadania w zakresie spraw mieszkaniowych - twierdzi
Mirosława Wnuk, pełniąca obowiązki dyrektora biura polityki lokalowej. -
Mieszkania te są często obciążone roszczeniami byłych właścicieli - dodaje.
Pozdroofka,
Pawel Chorzempa


Rzeczpospolita donosicielska

Miliony anonimów zalewają urzędy. Donoszą wszyscy: ojcowie na dzieci, narzeczone na byłych chłopaków. Najwięcej pism od "życzliwych" odbierają skarbówki - kilkaset tysięcy w roku - wylicza "Metro".

"Uprzejmie donoszę, że Jacek K. i Krzysztof G. unikają służby w polskiej armii. Obecnie przebywają w Londynie. Przylatują do Polski 20 marca, będą na lotnisku Okęcie ok. godz. 11. Zróbcie coś z tym" - taki e-mail trafił na skrzynkę Ministerstwa Obrony Narodowej.

- Podobnych donosów mieliśmy w tym roku już kilkadziesiąt. Najczęściej na unikających służby donoszą rezerwiści, którzy sami odsłużyli wojsko - mówi jeden z dowódców w departamencie informacji MON. - Wszystkie sygnały sprawdzamy.

Prawdziwe oblężenie przeżywają jednak urzędy skarbowe. Najczęściej przychodzą listy od sąsiadów, którzy informują, że fryzjerka na lewo strzyże w domu, a ci spod piątki to na czarno pracują w Szkocji i właśnie wrócili. - Donosy przysyłają także zawiedzeni kochankowie, najbliższa rodzina czy podwładni z pracy - wymienia Iwona Sadrzak, kierownik referatu w dziale kontroli podatkowej Urzędu Skarbowego Warszawa-Mokotów.

Byli pracownicy czasem dokładnie opisują przekręty w szefów. "Zgłaszam, że właściciel sklepu monopolowego nielegalnie prowadzi sprzedaż alkoholu. Połowę towaru nabija na kasę, resztę zapisuje sobie w brązowym zeszycie, który trzyma na zapleczu w biurku" - napisała była pracownica. W sumie skarbówki odbierają kilkaset tysięcy anonimów rocznie. W ubiegłym roku tylko w Olsztynie wpłynęło 800 takich pism. - Przeprowadzono prawie 300 kontroli, w kilkudziesięciu przypadkach informacje się potwierdziły - mówi Krystyna Arciszewska, rzecznik prasowy Izby Skarbowej w Olsztynie.

Aby zachęcić urzędników do szybszej reakcji, Polacy udoskonalają swoje donosy. Coraz częściej to nowoczesne informacje poparte także dowodami. - Dołączają zdjęcia, filmy wideo czy nagrania rozmów telefonicznych, z których wynika, że ktoś pracuje, choć jest na zwolnieniu lekarskim - opowiada Dariusz Kowalczyk, rzecznik prasowy z nowosądeckiego oddziału ZUS. - Mając takie dowody, nie pozostaje nam nic innego, jak domagać się zwrotu zasiłków chorobowych - dodaje.

Czasem o takie informacje proszą same instytucje - jak policja z Gniezna, która z miejscowym proboszczem przekonywała ludzi, że informacje o przestępstwach nie są czymś złym. - W ciągu pierwszych 24 godzin zatrzymaliśmy kilkanaście osób po takich zgłoszeniach - mówi sierżant Anna Osińska z KPP W Gnieźnie.

http://fakty.interia.pl/f...ami,900490,2943

P.S. Zgadza się, najwieksza polska wada. Jeżeli jeden ma jedna krowę a sąsiad dwie to ten pierwszy nie stara się zeby mieć też dwie tylko życzy drugiemu żeby mu jedna zdechła.
Mój kolega przeżył to na własnej skórze. Zrobił remont mieszkania a sąsiad doniósł gdzie się tylko dało. Nawet do gazety. Argumentacja była taka: "My na siłę nie unowocześniamy sobie mieszkań, oni też nie muszą"
Kolega naprawił podłogi, zołożył c.o. zlikwidował piece kaflowe. Wszystko to w kamienicy, która aż się prosi o takie remonty.

Ciekawe, kiedy ta zawiść wypleni się w narodzie?

Tak sobie przeglądałem zasaby portalu gazeta i spotkałem tam dzisiaj 23.01.2009 r. :

http://miasta.gazeta.pl/w...na_gazetki.html

Dzielnice marnotrawią pieniądze na gazetki
Jan Fusiecki
2009-01-22, ostatnia aktualizacja 2009-01-23 14:42

"Większość warszawskich urzędów dzielnic wydaje własne, bezpłatne pisma. - To propaganda, która kosztuje warszawskich podatników blisko 2 mln zł rocznie - krytykowali w czwartek działacze Stowarzyszenia dla Warszawy

Trzecią stronę miesięcznika "Bemowo News" zajmuje wywiad z burmistrzem Jarosławem Dąbrowskim (PO) pt. "Dzielnica przyjazna mieszkańcom". Rozmówca chwali się osiągnięciami. Anonim prowadzący rozmowę nie szczędzi mu komplementów. Raz w pytaniu wtrąca: "Bemowo co i raz podchwytuje nowe niesztampowe rozwiązania". Gdzie indziej rzuca w stronę burmistrza: "Pamiętamy doskonale, jak z okazji Dnia Dziecka odwiedził pan w towarzystwie maskotki Bemowa ponad 2 tys. przedszkolaków".

Idylla do każdej skrzynki

Zdjęcie Jarosława Dąbrowskiego można też znaleźć w fotoreportażu z otwarcia boiska szkoły podstawowej przy ul. Oławskiej. Tu lokalny włodarz przecina wstęgę, a zaproszony na uroczystość biskup Piotr Jarecki strzela gola. Na bramce stoi "Bemiś", czyli ulubiona maskotka burmistrza.

Ten idylliczny obraz władzy trafia pod każdą bemowską strzechę. Burmistrz Dąbrowski zarządził bowiem, by "Bemowo News" rozsyłano do wszystkich skrzynek pocztowych w dzielnicy, a nakład sięga 50 tys. egzemplarzy.

To musi kosztować. Z zestawienia, które podczas wczorajszej konferencji prasowej zaprezentowali działacze Stowarzyszenia dla Warszawy, wynika, że "Bemowo News" to najdroższy tytuł wydawany w Warszawie z publicznej kasy. W tym roku pójdzie na niego aż 470 tys. zł. Na drugim miejscu pod względem nakładu (24 tys.) i kosztów (292 tys. zł) znalazła się tuba władz Woli "Kurier Wolski", na trzecim "Kurier Wawerski", na który zarezerwowano 170 tys. zł.

Własnych pism finansowanych z kieszeni podatnika nie mają tylko cztery z 18 warszawskich dzielnic: obie Pragi, Mokotów i Wesoła. - W sumie rocznie na prasę wydawaną przez urzędy dzielnic idzie rocznie blisko 1,9 mln zł. Do tego trzeba dodać koszty pracy i materiałów zużywanych na przygotowanie tych pisemek przez etatowych pracowników biur promocji, którzy mają to w zakresie swoich obowiązków - mówił podczas konferencji Sławomir Potapowicz, działacz stowarzyszenia, były wiceburmistrz Pragi-Południe z ramienia PO.

Nieuczciwa konkurencja

A jego współpracownik Jan Artymowski powołał się na ekspertyzę prof. Michała Kuleszy sporządzoną dla Izby Wydawców Prasy. Ekspert ds. samorządności wywodzi, że samorządy mogą wydawać własne tytuły tam, gdzie jest to jedna z niewielu dróg komunikowania się ze społecznością lokalną, np. w małych miejscowościach. Natomiast dotowanie pism w miastach z rozwiniętym rynkiem wydawniczym łamie - zdaniem prof. Kuleszy - zasadę uczciwej konkurencji, bo publiczny wydawca dysponuje pieniędzmi budżetowymi i nie musi patrzeć na rachunek ekonomiczny.

- Tego typu zarzuty dziwią w ustach polityków, którym nie przeszkadzało wydatkowanie miliona złotych z budżetu miasta na fetę z okazji otwarcia mostu Świętokrzyskiego [Stowarzyszenie dla Warszawy tworzą głównie współpracownicy Pawła Piskorskiego, byłego prezydenta Warszawy - red.] - mówi na to rzecznik ratusza Tomasz Andryszczyk.

- Dzięki "Bemowo News" mogę konsultować się z mieszkańcami. Na zamieszczony na pierwszej stronie numer interwencyjny dzwoni mnóstwo ludzi z drobnymi, ale uciążliwymi dla nich sprawami. Dzięki temu wiem, czym powinienem się zajmować - broni swojego pisma Jarosław Dąbrowski. Przyznaje, że w ostatnim numerze było zbyt dużo jego zdjęć. - Teraz już uważam. Znikną moje wizerunki, ale pisma będę bronił, jak niepodległości - mówi."

W gminie Jabłonna nie jest inaczej

Ratusz wygania MPRD z rozgrzebanego skrzyżowania pod Galerią Mokotów

W piątek władze Warszawy zerwały umowę z MPRD na przebudowę skrzyżowania Wołoskiej, Marynarskiej i Rzymowskiego. W lutym miasto chce podpisać kontrakt z nową firmą, która odda nowy węzeł komunikacyjny latem

Jedno z najważniejszych skrzyżowań na południu Warszawy MPRD rozgrzebało jesienią zeszłego roku. Na budowie zazwyczaj nie widać żywego ducha, za to całą okolicę paraliżują korki.

Zerwanie umowy z MPRD ratusz zapowiadał na łamach "Gazety" już latem. Ostatecznie nowy sekretarz miasta Mirosław Kochalski zdecydował się na to w piątek w południe. Oto powody: * upłynął termin budowy * są już nakazy sądowe o zajmowaniu majątku Miejskiego Przedsiębiorstwa Robót Drogowych, które ma problemy finansowe.

Ratusz zaprasza inną firmę

Kontrakt był wart ok. 28 mln zł, firma dostała z tego połowę. Wybieranie nowego wykonawcy nie powinno potrwać długo, bo już kilka tygodni temu ratusz poprosił Urząd Zamówień Publicznych o zgodę na zlecenie z wolnej ręki. Pozwolenie właśnie dostał. Urzędnicy liczą, że kontrakt z nowym wykonawcą podpiszą w połowie lutego. Wtedy skrzyżowanie przy Galerii Mokotów mogłoby być gotowe do końca sierpnia.

- Budowa będzie kosztowała o kilka milionów złotych więcej niż w kontrakcie. Zdajemy sobie z tego sprawę, ale teraz prace będą prowadzone na trzy zmiany, przy użyciu najnowszych technologii. Decydujemy się na to, żeby udrożnić to skrzyżowanie - powiedział sekretarz miasta.

MPRD o wszystkim dowiedziało się od dziennikarzy. Dlatego że - jak poinformował Mirosław Kochalski - firma nie wpuściła przedstawiciela Zarządu Dróg Miejskich i radcy prawnego z oświadczeniem o odstąpieniu od umowy. Pismo wysłano więc listem poleconym.

Rzeczniczka MPRD Aneta Awtoniuk jak zawsze przekonywała, że to jej firma ma rację: - Miasto próbuje się ratować, bo winny opóźnieniom jest wyłącznie ZDM - stwierdziła i podała przykłady: * błędy w dokumentacji technicznej zamówionej przez urzędników * zwlekanie z rozwiązywaniem problemów związanych z inwestycją (np. na decyzję, co zrobić ze źle zaprojektowaną magistralą wodną MPRD miało czekać aż 405 dni).

MPRD woła prokuratora

Mirosław Kochalski liczy się z tym, że MPRD może pozwać miasto do sądu. - Podjęliśmy ryzyko, ponieważ blokowanie tej inwestycji to duży problem społeczny - podkreśla.

W piątek w MPRD usłyszeliśmy jednak, że spółka wcale nie wybiera się do sądu. Bo procesy trwają zbyt długo. - Jak już dostaniemy to pismo z ratusza, poprosimy o wejście na budowę prokuratora i będziemy się zastanawiać, co dalej - zapewnia Aneta Awtoniuk.

Piątkowa decyzja w sprawie budowy pod Galerią Mokotów to tylko początek przeglądu ślimaczących się inwestycji w mieście, które powierzono MPRD. Pod lupę urzędników i miejskich prawników trafią też budowa ul. Górczewskiej (termin jej oddania minął rok temu), ul. Patriotów i al. KEN. Ratusz ma dość wykonawców, którzy wygrywają przetargi na siłę, korzystając z tego, że komisja przetargowa przy wyborze kieruje się wyłącznie najniższą ceną. Mirosław Kochalski zapowiedział, że ratusz będzie stawiać wykonawcom ostre wymagania: mają być doświadczeni i stabilni finansowo.



Miasto wyrzuca MPRD z budowy ul. Górczewskiej i al. KEN

Miejskie Przedsiębiorstwo Robót Drogowych nie dokończy przebudowy ul. Górczewskiej. Wczoraj straciło kolejny kontrakt z miastem, bo ratusz przestał tolerować spóźnienia

Miejskie Przedsiębiorstwo Robót Drogowych nie dokończy przebudowy ul. Górczewskiej. Wczoraj straciło kolejny kontrakt z miastem. Ratusz ma dość firmy, która rozgrzebała kilka warszawskich ulic, popadła w tarapaty finansowe i nie wiadomo, czy w ogóle prace dokończy

Wiadukt i dwie jezdnie fragmentu ul. Górczewskiej przy centrum handlowym Wola Park miały być gotowe w końcu maja zeszłego roku. Nic z tego nie wyszło - okazało się, że przeznaczony do remontu wiadukt trzeba zbudować praktycznie na nowo. MPRD zarzuciło urzędnikom złe przygotowanie prac.

Prowadzący inwestycję Zarząd Dróg Miejskich przedłużył czas trwania prac do połowy grudnia. Do dziś wiaduktu jednak nie ma, zaś kierowcy nadal mogą korzystać tylko z jednej jezdni zamiast dwóch. Na placu budowy od jesieni praktycznie nic się nie dzieje.

Urzędnicy, korzystając z zimowego przestoju, przeglądają inwestycje i analizują, co zrobić, by je przyspieszyć. - Przebudowa ul. Górczewskiej jest bardzo ważna, a nie widać szans, żeby była dokończona przez tę firmę - tłumaczy Mirosław Kochalski, sekretarz Warszawy.

Dlatego kontrakt zerwano. Wczoraj Rafał Ziemicki z ZDM zawiózł decyzję podpisaną przez dyrektora Zarządu do siedziby MPRD przy ul. Marywilskiej. Nie udało się jej wręczyć, bo ochrona zamknęła bramę na kłódkę. Pismo wysłano też pocztą.

To już kolejny tak poważny cios ratusza w MPRD. Pod koniec roku Mirosław Kochalski ogłosił, że miasto zrywa z firmą kontrakt na rozbabrane skrzyżowanie Wołoskiej z Marynarską przy Galerii Mokotów. Przez tę budowę setki warszawiaków codziennie stoją w gigantycznych korkach.

MPRD nie czuje się winne. Za opóźnienia na Górczewskiej wini ZDM. - Budowa zaczęła się bez odpowiedniego pozwolenia, brakowało też właściwego projektu - wylicza Aneta Awtoniuk, rzeczniczka firmy. - Nie będziemy więcej tuszować niedociągnięć urzędników.

Dlatego MPRD złożyło już doniesienie do prokuratury. Skarży się na zaniedbania urzędników zarówno związane z inwestycją przy Galerii Mokotów, jak i na Woli.

Równocześnie Aneta Awtoniuk przekonuje, że utrudnień nie będzie: - Przekażemy plac budowy, gdy tylko prace zostaną rozliczone.

Kto dokończy rozgrzebaną Górczewską? Urzędnicy wystąpili do prezesa Urzędu Zamówień Publicznych o zgodę na wybór wykonawcy z wolnej ręki. Dostali ją, co oznacza, że nie trzeba tracić czasu na przetarg.

ZDM zapłacił MPRD za Górczewską mniej więcej połowę należności z wartego 9,6 mln zł kontraktu. Dokończenie budowy przez inną firmę oznacza dodatkowe wydatki. Władze miasta tłumaczą jednak, że warto je ponieść po to, by skończył się drogowy paraliż.

MPRD ma też poważne problemy na Mokotowie. Burmistrz dzielnicy Ewa Węgłowska przegoniła już firmę z budowy al. KEN (odcinek między ul. Wałbrzyską a al. Wilanowską). Miała być gotowa na koniec sierpnia. Nie dość, że nie powstała na czas, to wykryto błędy w jej wykonaniu. Po zrobieniu odwiertów okazało się, że nawierzchnia jest miejscami zbyt cienka. Urzędnicy naliczyli kilka milionów złotych kary. Teraz władze Mokotowa czekają na zgodę prezesa UZP, by móc wybrać wykonawcę z wolnej ręki. Chcą, by aleja była gotowa w czerwcu.

żeby tylko nie było nieprawidłowosći przy wybieraniu nowego wykonawcy


WARSZAWA
INWESTYCJE

Asfalt zalewa wokandy

Zamiast budowaniem, drogowcy zajmują się procesowaniem. W sądach toczy się w tej chwili 130 spraw z udziałem Zarządu Dróg Miejskich.

http://www.rzeczpospolita...awa_a_1-2.F.jpg

-W taką liczbę sądowych sporów jeszcze nigdy wcześniej nie byliśmy uwikłani -mówi Marek Mistewicz, dyrektor ZDM. - Efekt jest taki, że prowadzimy sądowe potyczki, zamiast skupić się na inwestycjach - przyznaje.

Wszystkimi sprawami zajmuje się Biuro Prawne ZDM, które liczy 4,5 etatu. Drogowcy korzystają też z usług kancelarii zewnętrznej.

Jedna trzecia spraw toczy się w sądach pracy. Ciężkie działa wytaczają przeciwko ZDM zwolnieni pracownicy z ekipy Tomasza Szawłowskiego, odwołanego szefa instytucji.

Jednak najwięcej kłopotów sprawiają urzędnikom pozwy dotyczące inwestycji drogowych. Rzeczniczka ZDM Urszula Nelken wylicza, że w co czwartą ze 130 spraw sądowych zaangażowana jest skłócona z ratuszem firma -Miejskie Przedsiębiorstwo Robót Drogowych. Ich obsługą prawną zajmują się "specjaliści wynagradzani od wygranych spraw".

Pozew o kości

Jakich budów dotyczą sprawy? Żeby to ustalić, nie trzeba się nawet orientować w branży drogowej. Jadąc po mieście, wystarczy zwrócić uwagę na przerwane, opóźnione albo sfuszerowane drogowe budowy. Większość z takich obrazków oznacza, że na danej inwestycji zarabiają właśnie prawnicy, a nie budowlańcy.

Oto przykłady sądowych batalii:

> ZDM zerwał właśnie umowy z MPRD w sprawie fatalnie opóźnionych inwestycji przy Galerii Mokotów, na Górczewskiej i w Wawrze. Na place budowy wkraczają już nowi wykonawcy, ale sądowe batalie z powodu MPRD wcale się nie skończyły (patrz infografika).

> Za niedotrzymanie terminów przy pracach w al. Prymasa Tysiąclecia i fuszerki na budowie ZDM domaga się od MPRD prawie 18 mln zł.

> Strony procesują się po tym, jak MPRD odmówiło poprawek pofałdowanego przez tiry pasa na rondzie Zesłańców Syberyjskich (tiry muszą jeździć przez rondo, bo... nie mieszczą się w tunelu pod skrzyżowaniem).

> Bez udziału sędziego obie strony nie mogą nawet ustalić kosztów przeniesienia szczątków ludzkich z czasów II wojny światowej, odnalezionych w czasie remontu al. Jana Pawła II.

Wykluczyć MPRD z przetargów

Drogowcy twierdzą, że tym razem miarka się przebrała. - Nie zamierzamy już zlecać tej firmie żadnych zadań w Warszawie - mówi twardo Marek Mistewicz, szef ZDM.

Podobne deklaracje składał warszawiakom już dwa lata temu Lech Kaczyński, ale słowa nie dotrzymał. Nawiasem mówiąc, na walce byłego prezydenta Warszawy z tzw. układem drogowym też... zarabiają prawnicy - MPRD domaga się przecież od Kaczyńskiego przeprosin i odszkodowania. Wyrok jeszcze nie zapadł.

Tym razem drogowcy twierdzą, że mają twarde podstawy do wykluczenia MPRD z przetargów: zerwanie z winy tej firmy trzech kontraktów i naliczenie jej kar umownych. Jednocześnie przyznają, że wykluczone z przetargu MPRD może odwołać się do Urzędu Zamówień Publicznych, a w razie przegranej - złożyć skargę do Sądu Okręgowego.

Szykują się zmiany w firmie

Czy w tym sezonie budowlanym warszawiaków czeka więc znowu karuzela drogowych procesów i zastoju na ulicach?

Według naszego informatora z ratusza, niekoniecznie. Dlaczego? Jak usłyszeliśmy, MPRD znajduje się w tak trudnej sytuacji finansowej, że w wiosennych przetargach może nawet nie wystartować.

- Trwają bardzo zaawansowane rozmowy w sprawie przejęcia firmy - przyznaje Aneta Awtoniuk, rzecznik MPRD. - Dopóki nie rozstrzygną się sprawy właścicielskie, nie zapadną też żadne strategiczne decyzje. O ewentualnym udziale w przetargach będzie już pewnie decydował nowy zarząd - przypuszcza.

A nowe drogowe zlecenia już czekają na chętnych. Drogowcy właśnie ogłosili przetarg na wymianę 370 tys. mkw. zniszczonych ulic w różnych punktach miasta - otwarcie ofert nastąpi w połowie kwietnia. Najpóźniej wiosną drogowcy zaczną szukać firmy, która przebuduje Al. Jerozolimskie między wiaduktem WKD a ulicą Łopuszańską.

KONRAD MAJSZYK

--------------------------------------------------------------------------------

Stop dla pieniaczy


Mirosław Kochalski
(c) MARCIN ŁOBACZEWSKI

Liczba pozwów składanych przeciwko ZDM przez skonfliktowane z nim firmy drogowe powinna się w tym roku zmniejszyć. Kiedy wejdzie w życie nowe prawo zamówień publicznych, przed złożeniem skargi do sądu oferent będzie musiał złożyć wpis proporcjonalny do wysokości zamówienia. To powinno skutecznie zniechęcić do protestów z powodu pieniactwa i chęci odegrania się na zamawiającym.

Mirosław Kochalski pełni obowiązki prezydenta miasta




Nie ma kto przyspieszyć dróg - analiza
Krzysztof Śmietana2006-10-09, ostatnia aktualizacja 2006-10-09 21:13

Konkurs na speca, który miałby przyspieszyć budowę ulic w Warszawie, okazał się niewypałem: ratusz naprędce wybrał nowego szefa Zarządu Dróg Miejskich, a teraz zastanawia się, czy w ogóle podpisać z nim umowę

Drogami powinien zarządzać dobry menedżer - tak komisarz Kazimierz Marcinkiewicz uzasadniał ogłoszenie konkursu na dyrektora ZDM. Obecnemu Markowi Mistewiczowi ratusz konkretnych zarzutów wprawdzie nie postawił, ale przyznał, że budowę i remonty dróg trzeba przyspieszyć. Chodzi np. o Trasę Siekierkowską czy Krakowskie Przedmieście, gdzie jak pisaliśmy wczoraj, w weekendy prace zamierają.

Niekorzystne kontrakty

Na konkurs zgłosiło się tylko dwóch kandydatów. Wygrał Andrzej Mokrzański, wcześniej m.in. szef przedsiębiorstwa budowlanego NCC Roads. Przemysław Skonieczny z zarządu tej firmy powiedział nam, że zamierzała go ona oskarżyć o działanie na szkodę spółki. Mokrzański miał bowiem zawierać niekorzystne kontrakty, m.in. na remont drogi z Serocka do Pomiechówka. Ostatecznie obie strony rozstały się za porozumieniem stron.

Dyrektor-elekt ZDM zaprzeczył zarzutom. Jednak po doniesieniach mediów ratusz zaczął dokładniej sprawdzać jego zawodową przeszłość. - Z innych firm miał dobre referencje. O konflikcie w NCC słyszeliśmy, ale to nie musi być przeszkoda, by zarządzał drogami - stwierdził wczoraj Robert Szaniawski, rzecznik urzędu miasta.

Fatalne rady przy Warszawiance

Zarzuty Andrzejowi Mokrzańskiemu stawia też posłanka PO Julia Pitera. W latach 1993-2000 doradzał on zarządowi Mokotowa przy budowie basenu na Warszawiance. W specjalnym dokumencie stwierdził, że optymalną formą prawną, która gwarantuje samorządowi pełną kontrolę nad pieniędzmi wydawanymi na park wodny, jest utworzenie fundacji.

Julia Pitera przypomina, że rekomendowane przez Mokrzańskiego rozwiązanie kosztowało byłą gminę Centrum 100 mln zł więcej niż pierwotny kosztorys. Według Roberta Szaniawskiego komisja konkursowa wybierająca szefa ZDM uznała, że "pan Mokrzański nie był w tej sprawie osobą decyzyjną" i to nie on odpowiada za drastyczne zwiększenie kosztów Warszawianki.

Ile będzie zarabiać

Oprócz wydarzeń z przeszłości na drodze do ZDM Mokrzańskiemu mogą stanąć przeszkody finansowe. Zgodnie z prawem ratusz może mu zapłacić niecałe 8 tys. zł brutto miesięcznie i ewentualnie motywować go nagrodami. W dodatku kandydat ma udziały w kilku prywatnych spółkach, które musiałby zbyć. - Warunki finansowe pana Mokrzańskiego to jeden z problemów, które musimy rozwiązać - przyznaje Robert Szaniawski.

Kolejny problem: ratusz oczekuje, by nowy szef zaczął pracę jak najszybciej, a tymczasem Andrzej Mokrzański chce mieć jeszcze kilka tygodni na zakończenie spraw u obecnego pracodawcy, w spółce PKO Inwestycje. Efekt tego zamieszania jest taki, że choć nowy szef ZDM został już przedstawiony warszawiakom, w ogóle nie wiadomo, czy obejmie to stanowisko. Kazimierz Marcinkiewicz ma podjąć decyzję w tym tygodniu.

Tymczasem w ZDM na rozwiązanie czeka mnóstwo problemów. Rozkopany Trakt Królewski to jeszcze nic w porównaniu z opóźniającym się remontem al. Zielenieckiej na Pradze. Rozpoczęty dopiero w połowie wakacji też powoduje ogromne korki w okolicy i nie zanosi się na to, by prace szybko się tu skończyły.

Żeby uniknąć kompromitacji z wyborem nowego szefa drogowców, ratusz szykuje ponoć wariant zastępczy. Jeśli nie zostanie nim Andrzej Mokrzański, ma być znaleziony ktoś, kto będzie na razie pełnił tylko obowiązki dyrektora ZDM.



Kto skoordynuje koordynatora remontów ulic
Jarosław Osowski2007-10-04, ostatnia aktualizacja 2007-10-04 00:39

Zamieszanie z remontem Puławskiej. Otwarcie nowej jezdni w stronę Ursynowa już w poniedziałek, ale trzeba ją zamknąć jeszcze raz - miesiąc potrwa wymiana torów tramwajowych przy ul. Woronicza. Czy najważniejszy dziś remont w mieście będzie przerwany na zimę?

Wczoraj na stronie internetowej urzędu miasta nowy koordynator ratusza ds. remontów Wiesław Witek niespodziewanie ogłosił: "Zaplanowaliśmy z prezydentem Wojciechowiczem, że remont wschodniej jezdni Puławskiej [w stronę centrum] nastąpi w wakacje 2008 roku z bardzo poważną wymianą nawierzchni torowej". Po jego występie słychać głos lektora: "Nie ma wątpliwości, że w Warszawie wreszcie ruszyło".

Ale to, co "ruszyło" wczoraj, to raczej same wątpliwości. Ma je nawet sam koordynator. W rozmowie z "Gazetą" Wiesław Witek wyznał: - Zastanawiam się, czy nie wypowiedziałem się zbyt szybko.

Bo np. w Zarządzie Dróg Miejskich nikt nie słyszał, że remont Puławskiej miałby być przerwany na zimę - tam nadal aktualny jest dotychczasowy harmonogram. Prace, które zaczęły się pod koniec sierpnia i spowodowały komunikacyjny paraliż Mokotowa, podzielono na dwa etapy. W połowie października powinna być gotowa jezdnia w stronę Ursynowa. Potem do połowy grudnia w planie był remont jezdni do centrum.

Wiesław Witek poinformował, że dziś zaczyna się układanie ostatniej warstwy asfaltu między ul. Woronicza a Domaniewską. Ten odcinek byłby przejezdny już w najbliższy poniedziałek, a 15-16 października ratusz zamierza otworzyć fragment od Racławickiej do Woronicza. Co dalej? - Rozpoczynanie remontu drugiej jezdni to spore ryzyko. W tym roku zima ma przyjść wcześniej i być mroźna - uważa Wiesław Witek.

- Chcą nam przerwać prace! - zdziwił się Dariusz Słotwiński, prezes firmy Strabag, która modernizuje Puławską. - A to tylko spowoduje wzrost kosztów, bo do wakacji zdrożeją materiały i robocizna. Trzeba też podpisywać nowe umowy z podwykonawcami i organizować zaplecze.

Prawdziwy powód przerwania robót może być zupełnie inny. Remont Puławskiej obejmuje bowiem wymianę rozjazdów tramwajowych na skrzyżowaniu z ul. Woronicza. Ponieważ trzeba tam wylać nowe betonowe podtorze, ruch tramwajów musi być wstrzymany aż na miesiąc. Prac nie dało się przeprowadzić do tej pory, bo w tym roku było nieczynnych kilka innych linii tramwajowych, w tym sąsiednia na Wołoskiej. Oznacza to, że wyremontowana jezdnia w stronę Ursynowa musi być zamknięta jeszcze raz i ratusz chce to przesunąć na przyszłoroczne wakacje.

- Jak już ostatecznie podejmiemy decyzję, co z drugą jezdnią Puławskiej, to ją ogłosimy - stwierdził Wiesław Witek. Podobne zamieszanie na tej ulicy mieliśmy już we wrześniu, gdy nie udało się skoordynować remontu magistrali cieplnej. Żeby ją wymienić, ratusz zamknął na jeden weekend wschodnią jezdnię Puławskiej. Kierowcy nie mogli nią jeździć w obu kierunkach.

Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna

Ochrona pod egidą Sobotki
Skandale, przestępcza rola w aferze starachowickiej i wyrok skazujący nie przeszkodziły w biznesowej karierze Zbigniewa Sobotki. Sobotka – były wiceminister spraw wewnętrznych i zastępca Krzysztofa Janika – od 1997 r. związany jest z firmą ochroniarską EkoTrade. Do 2005 roku zasiadał w jej radzie nadzorczej. Inni członkowie rady nadzorczej EkoTrade to: Andrzej Piłat - wiceminister infrastruktury w rządzie Jerzego Buzka oraz dr Jerzy Jerschina – w latach 80. rezydent I Departamentu MSW w Berlinie i Wiedniu.

Prezesem Zarządu EkoTrade jest jego syn Jacek Jerschina. Jak ustaliliśmy, Prokuratura Rejonowa WarszawaMokotów prowadziła kilkanaście postępowań przeciwko Jerschinie o znęcanie się nad rodziną, brutalne bicie żony, uprowadzenie dziecka i wszczynanie pijackich awantur. Wszystkie śledztwa były umarzane mimo istotnych dowodów (m.in. obdukcji lekarskich żony Jerschiny), a samemu sprawcy nie odebrano nawet pozwolenia na broń. Sam Jerschina zaprzecza jakoby kiedykolwiek znęcał się nad rodziną. Dysponujemy wstrząsającą dokumentacją medyczną z pobić i uwiarygodniającymi ją fotografiami.

EkoTrade chroni najważniejsze budynki administracji państwowej – sądy, prokuratury, gmach Sądu Najwyższego, Naczelnego Sądu Administracyjnego. Do niedawna chronił także… Gospodarstwo Pomocnicze Kancelarii Premiera. W maju 2005 r. firma otrzymała z rąk Aleksandra Kwaśniewskiego godło "Teraz Polska". Z dokumentów, do których dotarło "Polskie Radio Online" wynika jednoznacznie, że godło zostało przyznane niezgodnie z prawem. Pierwszym warunkiem jest niezaleganie z opłatami do Skarbu Państwa. Tymczasem w dniu składania wniosku o godło, spółka zalegała ok. miliona zł. z tytułu niezapłaconych podatków. Nie zdarzyło się to ani jednej innej firmie ubiegającej się o godło.

Na etacie niejawnym
Czym można tłumaczyć ten bezprecedensowy przypadek? Jacek Jerschina chwali się, że jest zatrudniony na niejawnym etacie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Jak wynika z zebranych przez nas dokumentów, z opresji często ratował go Robert Rzesoś – do niedawna szef Centrum Finansowo – Bankowego „Nowy Świat” (w tym samym czasie człowiek odpowiedzialny za przetargi związane z budową luksusowego hotelu), a dziś członek rady nadzorczej Fundacji Uniwersytetu Warszawskiego.

Policjantom, którzy półtora roku temu chcieli zatrzymać i jego i Jerschinę za pijackie awantury, Rzesoś zagroził zwolnieniem z pracy. "Poinformował nas, że poprzez swoje koneksje doprowadzi nas do zwolnienia z pracy oraz, że skończymy w więzieniu" – czytamy w notatce policyjnej z 27.04.2005. Sam Rzesoś zaprzecza wszystkiemu. Autorowi niniejszego tekstu grozi procesem sądowym. Twierdzi, że nigdy nie wszczynał awantur i nie groził funkcjonariuszom. Dysponujemy kserokopią notatki policyjnej i kopią aktu oskarżenia przeciwko niemu. Podczas rozmowy z policjantami, Rzesoś powoływał się na znajomość z Ryszardem Kaliszem – byłym sekretarzem stanu w kancelarii Kwaśniewskiego, późniejszym ministrem spraw wewnętrznych, dzis posłem SLD. Kalisz zaprzeczył, aby komukolwiek pomagał unikać jakichkolwiek prawnych konsekwencji popełnionych czynów.

Najbliżsi współpracownicy byłego prezydenta wiodą dziś spokojne życie. Po zmianie warty w Pałacu Prezydenckim, każdy z nich bardzo szybko znalazł dla siebie nowe miejsce pracy. Niezależnie od tego czy trafili do biznesu czy na państwowe urzędy, zachowali kontakty i wpływy z dawnych lat. Stare angielskie powiedzenie mówi, że jakość polityka poznaje się po tym jak sobie radzi gdy rządzą jego oponenci. Współpracownicy byłego prezydenta radzą sobie nie najgorzej.

Leszek Szymowski

więcej można poczytać np: http://www.wprost.pl/ar/130854/Niebezpieczna-ochrona/?I=1328
http://www.dziennik.pl/polityka/article184139/Stary_uklad_broni_nowego_systemu.html#reqRss

Gdzie jest WSI, pełnomocnicy ochrony inf niejawnych itd....?

INFORMACJA O NABORZE NA ŁAWNIKÓW SĄDOWYCH

Rada Gminy Prażmów ogłasza nabór na ławników do:
- Sądu Okręgowego w Warszawie, Sądu Pracy i Ubezpieczeń Społecznych – 3 osoby;
- Sądu Okręgowego w Warszawie – 10 osób
- Sądu Rejonowego dla m. st. Warszawy, Sądu Pracy i Ubezpieczeń Społecznych – 3 osoby;
- Sądu Rejonowego dla WarszawyMokotowa – 2 osoby.

Bieżąca kadencja ławników kończy się z dniem 31.12.2007r. Stosownie do art. 160 – 161 ustawy z dnia 27 lipca 2001r. – Prawo o ustroju sądów powszechnych (Dz. U. Nr 98, poz. 1070 z późniejszymi zmianami) ławników do sądów okręgowych oraz sądów rejonowych wybierają rady gmin, najpóźniej w październiku br. Kadencja rozpocznie się od dnia 1 stycznia 2008 i trwać będzie 4 lata.

Ławnikiem może być wybrany ten, kto:
1) posiada obywatelstwo polskie i korzysta z pełni praw cywilnych i obywatelskich,
2) jest nieskazitelnego charakteru,
3) ukończył 30 lat,
4) jest zatrudniony lub zamieszkuje w miejscu kandydowania co najmniej od roku,
5) nie przekroczył 70 lat,
6) jest zdolny, ze względu na stan zdrowia, do pełnienia obowiązków ławnika,
7) posiada co najmniej wykształcenie średnie.

Ławnikami nie mogą być:
1) osoby zatrudnione w sądach powszechnych i innych sądach oraz w prokuraturze,
2) osoby wchodzące w skład organów, od których orzeczenia można żądać skierowania sprawy na drogę postępowania sądowego,
3) funkcjonariusze Policji oraz inne osoby zajmujące stanowiska związane ze ściganiem przestępstw i wykroczeń,
4) adwokaci i aplikanci adwokaccy,
5) radcy prawni i aplikanci radcowscy,
6) duchowni,
7) żołnierze w czynnej służbie wojskowej,
8 ) funkcjonariusze Służby Więziennej,
9) radni gminy, której rada dokonuje wyboru ławników.

Nie można być ławnikiem jednocześnie w więcej niż jednym sądzie.

Termin zgłaszania kandydatów na ławników upływa 30 czerwca br .

Kandydatów na ławników zgłaszają radom gmin prezesi sądów, stowarzyszenia, organizacje związkowe, organizacje pracodawców oraz inne organizacje zarejestrowane na podstawie przepisów prawa, z wyłączeniem partii politycznych, oraz co najmniej dwudziestu pięciu obywateli mających czynne prawo wyborcze, zamieszkujących stale na danym terenie.

Kandydatów na ławników do orzekania w sprawach z zakresu prawa pracy zgłaszają związki zawodowe oraz organizacje pracodawców.

Do zgłoszenia kandydata na ławnika załącza się informację z Krajowego Rejestru Karnego, oświadczenie kandydata, że nie toczy się przeciwko niemu postępowanie karne, oraz zaświadczenie lekarskie o stanie zdrowia. O kandydatach na ławników rady gmin zasięgają informacji od właściwych organów Policji.

KARTĘ ZGŁOSZENIA KANDYDATA NA ŁAWNIKA SĄDOWEGO MOŻNA POBRAĆ W BIURZE RADY GMINY PRAŻMÓW, KANCELARII URZĘDU GMINY LUB TUTAJ

źródło: http://www.prazmow.bip.tc.pl

http://dom.gazeta.pl/nieruchomosci/1,73497,3901947.html

Szkoda, że o Kielcach nie wspomnieli ani słowem, a mogliby, bo szykują nam się dwie nowe galerie (Warszawska i Dworzec PKP), a Także rozbudowa Galerii Echo


Złote Tarasy - ostatnie wielkie centrum handlowe?
Piotr Miączyński, Leszek Kostrzewski
2007-02-06, ostatnia aktualizacja 2007-02-08 13:12

Otwarte w środę Złote Tarasy będą ostatnią nową galerią handlową w stolicy otwartą w ciągu najbliższych lat. Podobny trend widać w innych dużych miastach. Nowe centra będą teraz budowane głównie w miastach liczących 100-350 tys. mieszkańców.

Słowem, które może scharakteryzować Złote Tarasy, nie jest wielkość - prawie dwukrotnie większa są od niego warszawska Arkadia czy łódzka Manufaktura. Nie są też korki, choć - jak ostrzegał urząd miasta - mogły one sparaliżować w środę pół Warszawy. Złote Tarasy, które powstały kosztem ok. 500 mln euro, można za to opisać słowem "opóźnienie". Ich otwarcie przekładano co najmniej trzykrotnie. Pierwszy termin - koniec 2005 r. - przesunięto na wiosnę 2006 r., z której szybko zrobiła się jesień, a wreszcie luty 2007 r.

Inwestor - holenderska spółka ING Real Estate Development - winą za przedłużające się prace obarczała wykonawcę oraz pseudoekologów z organizacji Przyjazne Miasto, którzy uchylili w lipcu 2004 r. pozwolenie na budowę giganta (wcześniej za dwa miliony złotych zrezygnowali z protestów wobec budowy centrum Arkadia).

Dziś inwestor jest jednak przekonany, że Tarasy odniosą sukces. Całość powierzchni rozrywkowo-handlowej - 63,5 tys. m kw. - jest już wynajęta, i to mimo zabójczych czynszów sięgających nawet 350 zł za m kw. miesięcznie.

Dla ekspertów nowe centrum to jednak przede wszystkim punkt zwrotny. - Otwarcie Złotych Tarasów oznacza, że przez blisko dwa lata w Warszawie nie powstaną już porównywalne centra. Teraz wszyscy na rynku będą obserwować, jak ta inwestycja daje sobie radę - twierdzi Anna Bartoszewicz-Wnuk z agencji nieruchomości Jones Lang LaSalle.

Zdaniem specjalistów w dużych miastach popyt na nowe centra zaczyna powoli wyhamowywać. 230 krajowych centrów oferuje już 3,7 mln m kw. powierzchni handlowej (dane Cushman & Wakefield Polska). Mieszczą się one przede wszystkim w dużych miastach, a w budowie znajduje się kolejne 550 tys. m kw. Na otwarcie czeka Galeria Malta Poznań (4 kw. 2008 r.), Arkady Wrocławskie (2 kw. 2007 r.), Forum Gliwice (2 kw. 2007 r.) oraz Galeria Bałtycka Gdańsk (4 kw. 2007 r.).

Konkurencja między centrami się zaostrza. Aby przyciągnąć klientów, stare centra są rozbudowywane. W ubiegłym roku zakończyło się powiększanie Galerii Mokotów, trwa poznańskiego Starego Browaru.

Galerie zaczęły też "wietrzyć" najemców. Części sklepów wypowiadane są umowy, na ich miejsce zapraszane są nowe. Pierwszeństwo mają tzw. kotwice, czyli sklepy, które osiągają największe obroty: hipermarkety, duże sklepy z elektroniką, np.: RTV EURO AGD, Media Markt, Saturn, i oczywiście sieci odzieżowe: Reserved, Cottonfield, H&M czy Cubus. Tacy kluczowi najemcy zamawiają najwięcej powierzchni - Grupa EM&F otworzy w Złotych Tarasach dziesięć sklepów o łącznej powierzchni grubo ponad 5 tys. m kw. (m.in. Empik, Smyk, Zara, Mexx czy Mango). W zamian płacą najniższe z możliwych czynsze. Najmniej hipermarkety - kilkanaście euro za metr kwadratowy na miesiąc. Sklep odzieżowy"kotwica" w Warszawie - 18-20 euro. Dla porównania sklep "niestrategiczny" - już cztery razy więcej.

Centra handlowe robią też łowy na nowych najemców, którzy dopiero wchodzą do kraju. Złotym Tarasom udało się przechwycić np. pierwszą w Europie Środkowej restaurację Hard Rock Café (słynie z muzycznych pamiątek, będą tam np. gitary, na których grali Bono i John Lennon), angielską sieć drogeryjną Body Shop (uchodzi za pioniera kosmetyków naturalnych), sklep z luksusową kobiecą bielizną Palmers czy ekskluzywny Hugo Boss.

Co będzie dalej? Według Katarzyny Michnikowskiej, analityka Cushman & Wakefield, działalność deweloperska przenosi się obecnie do miast średniej wielkości - 100-350 tys. mieszkańców - w których w latach 2007-08 prognozowany jest największy wzrost podaży. Chodzi m.in. o Białystok, Lublin, Częstochowę, Gliwice, Rzeszów, Rybnik, Opole i Słupsk.

Z kolei zdaniem Jan Dębskiego, dyrektora generalnego ECE Projektmanagement Polska (m.in. Galeria Dominikańska we Wrocławiu oraz Galeria Krakowska), galerie coraz częściej będą powstawać w ścisłych centrach miast. Pozwala to na łączenie ich w jedną handlową całość z główną ulicą miasta.

Jest to o tyle istotne, że w ostatnim czasie zaczął rosnąć popyt na nowoczesne powierzchnie przy głównych ulicach handlowych. Napędza go zainteresowanie ze strony ekskluzywnych marek handlowych, takich jak Armani, Burberry czy Escada, które zazwyczaj zajmują odrestaurowane stare kamienice.

Pierwszym takim obiektem łączącym koncept centrum handlowego z główną ulicą był poznański Stary Browar.

Dziś miejscy urzędnicy mieli zamknąć Kupieckie Domy Towarowe przy pl. Defilad. Kupcy jednak dalej handlują. Nie zamierzają opuścić miejsca pracy, bo – jak sami mówią – nie mają nic do stracenia.

Kontrolerzy z Zarządu Terenów Publicznych weszli do hali KDT o godzinie 12 z zamiarem zamknięcia blaszaka. Okazało się to niemożliwe, bo w środku normalnie trwał handel. Komisja sporządziła protokół i robiła zdjęcia stoisk, które były czynne. Teraz sprawą zajmie się sąd.

Blaszana hala, w której znajduje się 700 sklepów, miała zakończyć działalność z końcem 2008 roku, po tym jak władze miasta zdecydowały się nie przedłużać kupcom umowy dzierżawy gruntu u zbiegu ulic Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej. Handlarze nie zastosowali się jednak do decyzji urzędników. Kupcy czują się oszukani, są rozżaleni. - Miasto zawarło z nami umowę, myśleliśmy, że będziemy mogli się budować. A teraz zostaliśmy z niczym – mówi z płaczem ponad pięćdziesięcioletnia właścicielka sklepu z odzieżą. – Może młodsze osoby nie przejmują się tak tą sytuacją, one sobie poradzą, ale dla mnie, w moim wieku, to tragedia. Gdybym chociaż wiedziała, że jeszcze dwa lata postoję… - żali się.
- Powiedzieli nam, że będziemy mogli wybudować dom towarowy. Dlaczego teraz nam zabraniają? – pyta Marek, handlujący sportowym obuwiem. – Byłem w Anglii, świetnie mi się tam powodziło, mogłem zostać, ale chciałem pracować w Polsce, tutaj płacić podatki. Spółka KDT oddaje miastu 5 mln złotych rocznie, to niemało, a ratusz nas tak traktuje! – ubolewa sprzedawca. – Gdzie ja mam teraz znaleźć pracę, jak szaleje kryzys? Nie zamknę mojego stoiska, bo tylko tak mogę zarobić na chleb. To jedyne źródło utrzymania mojej rodziny - mówi Wirtualnej Polsce 45-letni kupiec.

Handlarze zaproponowali, by ratusz przedłużył umowę dzierżawy obiektu do końca tego roku. – Miastu ten teren nie jest na razie do niczego potrzebny. W tym miejscu ma powstać Muzeum Sztuki Nowoczesnej, ale pozostaje ono na razie w fazie koncepcji, jeszcze nawet nie ma projektu. To wszystko potrwa jeszcze wiele miesięcy, a my w tym czasie moglibyśmy normalnie pracować – mówi WP Wiesław Nabrdalik ze Stowarzyszenia Kupców KDT.

A co na Urząd Miasta? W ciągu kilkudziesięciu godzin wystąpimy do sądu o nadanie tzw. klauzuli wykonalności, która umożliwi egzekucję komorniczą
Tomasz Andryszczyk, rzecznik Ratusza- To jest chwyt PR-owski, ciężko traktować propozycję kupców poważnie. Naszym zdaniem kupcy dążą do utrzymania obecnego status quo, liczą też na wywalczenie milionów złotych za to, że zwolnią teren. Tymczasem oni muszą go zwolnić z mocy prawa, bo tak przewidywała umowa, która wygasła 31 grudnia – mówi Wirtualnej Polsce rzecznik stołecznego ratusza Tomasz Andryszczyk. - Ręka pani prezydent była wyciągnięta do kupców przez ostatnie 2 lata. Padło wiele propozycji, wszystkie były kwitowane śmiechem. Dziś musimy doprowadzić do wygaszenia handlu w hali i rozpocząć prace przygotowawcze związane z kluczowymi dla Warszawy inwestycjami – budową drugiej linii metra i Muzeum Sztuki Nowoczesnej - dodaje rzecznik. - Kupcy z KDT przez lata byli uprzywilejowani, funkcjonowali na preferencyjnych warunkach w ścisłym centrum miasta, podczas gdy kilkadziesiąt tysięcy kupców od dawna funkcjonuje na zasadach rynkowych. Nie może być tak, że jedna grupa jest traktowana lepiej niż inne - tłumaczy Andryszczyk.

Jaka będzie przyszłość hali? - Na podstawie dokumentacji, która została dziś sporządzona i na podstawie innych dokumentów, którymi dysponujemy, w ciągu kilkudziesięciu godzin wystąpimy do sądu o nadanie tzw. klauzuli wykonalności, która umożliwi egzekucję komorniczą – mówi rzecznik Ratusza.

Tymczasem w świetle sondażu przeprowadzonego na zlecenie warszawskiego Ratusza, dwie trzecie mieszkańców Warszawy uważa, że hala Kupieckich Domów Towarowych powinna zostać usunięta z Placu Defilad. Przeciwnego zdania jest 34 procent pytanych. Gdyby blaszana hala zniknęła z centrum Warszawy, aż 84 procent pytanych byłoby z tego powodu zadowolonych, 16 procent badanych ma w tej sprawie przeciwną opinię. Hale mają jednak swoich obrońców wśród warszawiaków: - Hala, po Stadionie X-lecia, jest miejscem do robienia zakupów przez biednych ludzi, takich jak ja. Nie stać mnie na zakupy w Galerii Mokotów czy Złotych Tarasach. Mam troje dzieci i w KDT zawsze coś taniego kupię – mówi żyjąca z zasiłku Ewa.

Joanna Stanisławska, Wirtualna Polska
>>>>
Oto widzicie realnosc!Jak zagraniczny kapital da lapowe to moze zabudowac miasto hipermarketami.Jak drobny kupiec nie da...
TO WON!
Wolny rynek!
Tak nastapila ,,marketyzacja'' handlu w Polsce opiewana przez liberalow typu Tusk czy inny Ziemniak...
Trzeba przyznac ze tzw. ,,kupcy'' zachowywali sie glupio poki im szlo.Sam slyszalem jak pyskowali gdy sie cos powiedzialo jak Balcerowicz niszczy kraj...az ich samych dopadlo...
Ale oczywiscie tak to wszystko nie moze i nie bedzie wygladac!

Dramat.
A wygladalo na to ze akurat calosci koncepcji zabudowy tego terenu ma sens. Jak zwykle realizacja zawodzi. Niedlugo sie okaze ze przez "nas" caly Wilanow utraci swoj klimacik, albo nabierze nowego.

pozdrawiam

Tomek

http://miasta.gazeta.pl/w...62,3746498.html

Wilanów tonie w szlamie
Tomasz Urzykowski2006-11-21, ostatnia aktualizacja 2006-11-20 23:01
Alarm dla królewskiej rezydencji. Południowy kraniec Jeziora Wilanowskiego zamienił się w cuchnące bagno. Z pobliskich budów na Polach Wilanowskich spływa do niego gęsty muł

Fot. Jerzy Gumowski / AG
Cuchnący muł, który oszpecił Wilanów
więcej zdjęć Dziwne zjawisko zauważył fotograf "Gazety" Jerzy Gumowski, który specjalizuje się w zdjęciach lotniczych. Lecąc paralotnią nad Wilanowem, dostrzegł na jeziorze nowe wyspy. Pojawiły się przy ujściu Potoku Służewieckiego. Gdy wczoraj poszliśmy nad brzeg jeziora, okazało się, że to nie wyspy, ale przyniesiony przez wody potoku muł, który wypełnił zakole zbiornika. Od gęstej brei rozchodzi się fetor ścieków.

- To porażające! - oburzył się Paweł Jaskanis, dyrektor Muzeum Pałacu w Wilanowie.

Jezioro Wilanowskie ma wyjątkową wartość. Jest częścią założenia parkowego przy pałacu. Co więcej, na jego przeciwległym brzegu rozciąga się rezerwat przyrody Morysin. W zaroślach żerują czaple. Mimo to Potokiem Służewieckim płyną tu cuchnące nieczystości, a wiosną dodatkowo sól z odśnieżanych ulic. Pracownicy muzeum mówią, że w jeziorze znajduje się cała tablica Mendelejewa. Pokazali nam wyniki badań z 2002 r. Już wtedy poziom chlorków przekroczony był trzykrotnie. Rok temu woda nagle zmieniła kolor na niebiesko-zielony, bo Stołeczne Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej spuściło do potoku płyn, którym sprawdza szczelność grzejników. Toksyczna substancja zabiła ryby. Na wniosek Sądu Rejonowego dla Warszawy Mokotowa sprawa ponownie trafiła do prokuratury.

Skąd jednak wziął się muł? Wszystkie tropy prowadzą na Pola Wilanowskie, gdzie jak grzyby po deszczu wyrastają nowe osiedla. Z głębokich wykopów pod przyszłe domy robotnicy wypompowują hektolitry wody ze szlamem. Prawdopodobnie to właśnie ona trafia do potoku.

- Nikt tego nie kontroluje, a przecież takie inwestycje muszą mieć opinie i pozwolenia wodno-prawne. Potok jest "wybetonowany" odpadami z placu budowy. Taki jest efekt braku chęci do myślenia i działania ze strony miasta i wojewody - stwierdził Paweł Jaskanis.

Co na to miejskie Biuro Ochrony Środowiska? Nic. - Wody płynące są państwowe, a nie miejskie - usłyszeliśmy. Z ratusza odesłano nas do Urzędu Marszałkowskiego. Tu wodami płynącymi zajmuje się Wojewódzki Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych. Ale zanieczyszczeniem potoku i jeziora raczej się nie zajmie. "(...) Pana pytanie powinno być skierowane do Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji, które odpowiada za gospodarkę ściekową. Urząd Marszałkowski odpowiada za przepływ wody (uregulowanie przepustowości). Są to dwie osobne rzeczy" - napisała w liście do "Gazety" rzeczniczka urzędu Marta Milewska.

- Brak mi słów. Cała nasza praca, by przyciągnąć nad jezioro warszawiaków i turystów idzie na marne. Po co budowaliśmy przystań dla łódek? Nad śmierdzący ściek nikt nie przyjdzie - załamuje ręce Maciej Steppa, zajmujący się w muzeum promocją.

Najmniej znany z Kaczyńskich
Dziś mija druga rocznica śmierci ojca prezydenta i premiera

To najbardziej tajemnicza postać całego rodu. Kiedy bliźniacy Lech i Jarosław grali w filmie, ich ojciec, Rajmund Kaczyński stał w cieniu wydarzeń. I tu pozostał przez całe swoje życie.

Przez lata mieszkał na warszawskim Żoliborzu. Na ulicy Lisa-Kuli pamiętają pana Rajmunda.

- W tej kamienicy mieszkała rodzina Kaczyńskich. Mieszkanie mieli piękne. Na trzech piętrach, z dwoma balkonami i tarasem - opowiada sąsiad z przeciwka. - Spokojni i cisi - dodaje starsza pani, której mieszkanie przylega do byłej kamienicy Kaczyńskich.

Jego grób nie jest łatwo odnaleźć
Rajmund Kaczyński skromnym pozostał także po śmierci. Odnalezienie jego grobu było trudne.

- Żaden Rajmund Kaczyński na naszym cmentarzu nie leży - przekonywała wczoraj kancelaria cmentarza na Powązkach.

Na ślad ojca prezydenta i premiera natrafiliśmy w Muzeum Powstania Warszawskiego. Ustaliliśmy, że Rajmund spoczywa na uboczu cmentarza na Starych Powązkach. Nagrobek skromny, z czarnego marmuru, stoi pod rozłożystym drzewem w kwaterze 154 b. Jeszcze wczoraj przystrojony był w wielkanocne akcenty. Bez znicza czekał na przybycie najważniejszych polityków w kraju. Dziś mijają dwa lata od śmierci ojca bliźniaków Kaczyńskich.

Rajmund Kaczyński nie doczekał chwili, gdy jego synowie sięgną po najważniejsze urzędy. Zmarł 17 kwietnia 2005 roku; Lech Kaczyński był wtedy prezydentem Warszawy, a Jarosław prezesem PiS.

Lech wspominał ojca jako bohatera Powstania Warszawskiego. Przyznał jednak, że ojciec miał mały wpływ na jego polityczne decyzje.

Lech i Jarosław rzadko chwalili się ojcem. Może dlatego, że bardziej byli związani z mamą - Jadwigą, może dlatego, że ojciec - tytan pracy, bywał gościem w domu. A może z innego powodu.

Polityczni przeciwnicy braci Kaczyńskich z satysfakcją wyciągają przemilczaną i mniej chlubną powojenną działalność Rajmunda Kaczyńskiego - za komuny współpracował z PZPR, organizując przy Politechnice Warszawskiej 2-letnie kursy szkoleniowe. Dzięki nim partyjni kacykowie mogli się legitymować dyplomami ukończenia studiów.

Żył jak pączek w maśle
Rajmund Kaczyński przyszedł na świat w Grajewie 1 września 1922 roku.

- Mieszkali na piętrze zabytkowego dziś dworca kolejowego - mówi Tomasz Dudziński, historyk pasjonat z Grajewa.

Wychowywany jako jedynak, drżał później o zdrowie synów. W Grajewie mieszkał do 5 roku życia, potem jego ojciec dostał pracę w Baranowiczach (dziś Białoruś). Tu Rajmund chodził do liceum ze stryjecznym bratem swojej przyszłej żony - Lucjanem Jasiewiczem. Ale z Jadwigą spotkał się dopiero jako dorosły mężczyzna - w Warszawie.

Przed wojną los rzucił go do Brześcia, gdzie jego ojciec dostał kierownicze stanowisko. Nie pomieszkali tu długo. Aleksander Kaczyński, w obawie przed represjami ze strony Rosjan, uciekł z rodziną (w tym z Rajmundem) do Warszawy.

Na Żoliborzu zaczyna się historia "dwóch takich, co ukradli księżyc".

Gdy pocisk poharatał kciuk, kazał go obciąć
W Warszawie Rajmund Kaczyński zaangażował się w działalność konspiracyjną. Był dowódcą 7. drużyny w 2. plutonie I Kompanii Pułku "Baszta" AK, walczącej w Powstaniu Warszawskim.

W pierwszej godzinie powstania kula rozerwała mu kciuk.

- Kazał mi go obciąć - wspominała Helena Wołłowicz, sanitariuszka w Powstaniu Warszawskim, ciotka Bronisława Komorowskiego (posła PO).

Parę tygodni później znów się spotkali w komendzie pułku przy ul. Puławskiej.

Wołłowicz: - Gdyby nie moja intuicja, na świat nigdy by nie przyszli Lech i Jarosław. Uratowałam życie ich ojcu. Poczułam, że musimy wyjść z kamienicy. Chwilę później w dom trafił pocisk.

Miłość od pierwszego wejrzenia
Po wojnie Rajmund kończył studia na Politechnice Łódzkiej. Na balu na Politechnice Warszawskiej w głowie zawróciła mu Jadwiga - siostra jego dawnego kolegi Lucka Jasiewicza, studentka polonistyki.

Ślub wzięli w 1948 roku, rok później urodziły się bliźniaki.

Dopiero na starość wspominał powstanie
Ojciec braci Kaczyńskich był zaradny. Odbudował kamienicę przy ul. Lisa-Kuli w zamian za mieszkanie. Pracował na kilku etatach. Gdy w 1961 r. synowie dostali rolę w filmie "O dwóch takich co ukradli księżyc", jego kariera nabrała przyspieszenia. Wyjeżdżał na szkolenia do Anglii. Był też na kontrakcie w Libii.

Do znajomości z przyjaciółmi z AK zaczął się przyznawać po przejściu na emeryturę. Dopiero na starość rokrocznie 27 września (rocznica poddania Mokotowa) zaczął bywać na imprezach byłych powstańców. Wybaczyli mu to. - Wcześniej nie miał czasu, bo dzieci, praca - mówili.

Jadwiga Kaczyńska przyznała, że dla niej te spotkania były nudne.

autor: Anita Czupryn, Tomasz Noske, Agnieszka Sakowicz

http://miasta.gazeta.pl/w...na_gazetki.html
Dzielnice marnotrawią pieniądze na gazetki
Jan Fusiecki
2009-01-22, ostatnia aktualizacja 2009-01-23 14:42

"Większość warszawskich urzędów dzielnic wydaje własne, bezpłatne pisma. - To propaganda, która kosztuje warszawskich podatników blisko 2 mln zł rocznie - krytykowali w czwartek działacze Stowarzyszenia dla Warszawy

Trzecią stronę miesięcznika "Bemowo News" zajmuje wywiad z burmistrzem Jarosławem Dąbrowskim (PO) pt. "Dzielnica przyjazna mieszkańcom". Rozmówca chwali się osiągnięciami. Anonim prowadzący rozmowę nie szczędzi mu komplementów. Raz w pytaniu wtrąca: "Bemowo co i raz podchwytuje nowe niesztampowe rozwiązania". Gdzie indziej rzuca w stronę burmistrza: "Pamiętamy doskonale, jak z okazji Dnia Dziecka odwiedził pan w towarzystwie maskotki Bemowa ponad 2 tys. przedszkolaków".

Idylla do każdej skrzynki

Zdjęcie Jarosława Dąbrowskiego można też znaleźć w fotoreportażu z otwarcia boiska szkoły podstawowej przy ul. Oławskiej. Tu lokalny włodarz przecina wstęgę, a zaproszony na uroczystość biskup Piotr Jarecki strzela gola. Na bramce stoi "Bemiś", czyli ulubiona maskotka burmistrza.

Ten idylliczny obraz władzy trafia pod każdą bemowską strzechę. Burmistrz Dąbrowski zarządził bowiem, by "Bemowo News" rozsyłano do wszystkich skrzynek pocztowych w dzielnicy, a nakład sięga 50 tys. egzemplarzy.

To musi kosztować. Z zestawienia, które podczas wczorajszej konferencji prasowej zaprezentowali działacze Stowarzyszenia dla Warszawy, wynika, że "Bemowo News" to najdroższy tytuł wydawany w Warszawie z publicznej kasy. W tym roku pójdzie na niego aż 470 tys. zł. Na drugim miejscu pod względem nakładu (24 tys.) i kosztów (292 tys. zł) znalazła się tuba władz Woli "Kurier Wolski", na trzecim "Kurier Wawerski", na który zarezerwowano 170 tys. zł.

Własnych pism finansowanych z kieszeni podatnika nie mają tylko cztery z 18 warszawskich dzielnic: obie Pragi, Mokotów i Wesoła. - W sumie rocznie na prasę wydawaną przez urzędy dzielnic idzie rocznie blisko 1,9 mln zł. Do tego trzeba dodać koszty pracy i materiałów zużywanych na przygotowanie tych pisemek przez etatowych pracowników biur promocji, którzy mają to w zakresie swoich obowiązków - mówił podczas konferencji Sławomir Potapowicz, działacz stowarzyszenia, były wiceburmistrz Pragi-Południe z ramienia PO.

Nieuczciwa konkurencja

A jego współpracownik Jan Artymowski powołał się na ekspertyzę prof. Michała Kuleszy sporządzoną dla Izby Wydawców Prasy. Ekspert ds. samorządności wywodzi, że samorządy mogą wydawać własne tytuły tam, gdzie jest to jedna z niewielu dróg komunikowania się ze społecznością lokalną, np. w małych miejscowościach. Natomiast dotowanie pism w miastach z rozwiniętym rynkiem wydawniczym łamie - zdaniem prof. Kuleszy - zasadę uczciwej konkurencji, bo publiczny wydawca dysponuje pieniędzmi budżetowymi i nie musi patrzeć na rachunek ekonomiczny.

- Tego typu zarzuty dziwią w ustach polityków, którym nie przeszkadzało wydatkowanie miliona złotych z budżetu miasta na fetę z okazji otwarcia mostu Świętokrzyskiego [Stowarzyszenie dla Warszawy tworzą głównie współpracownicy Pawła Piskorskiego, byłego prezydenta Warszawy - red.] - mówi na to rzecznik ratusza Tomasz Andryszczyk.

- Dzięki "Bemowo News" mogę konsultować się z mieszkańcami. Na zamieszczony na pierwszej stronie numer interwencyjny dzwoni mnóstwo ludzi z drobnymi, ale uciążliwymi dla nich sprawami. Dzięki temu wiem, czym powinienem się zajmować - broni swojego pisma Jarosław Dąbrowski. Przyznaje, że w ostatnim numerze było zbyt dużo jego zdjęć. - Teraz już uważam. Znikną moje wizerunki, ale pisma będę bronił, jak niepodległości - mówi."
W gminie Jabłonna nie jest inaczej

Oto potwierdzenie
Aktualności Wysłany: Czw 22 Sty, 2009 18:10 Temat: Gazetki gminne
U nas, bo w zakładce "Budżet 2009" tego nie znajdziecie

Cytat:
CZĘŚĆ OPISOWA DO PLANU WYDATKÓW I ROZCHODÓW BUDŻETU GMINY JABŁONNA NA 2009 ROK
DZIAŁ 750 - ADMINISTRACJA PUBLICZNA
Rozdział 75075 - Promocja jednostek samorządu terytorialnego 365 040 zł
w tym:
- wydawanie "Wieści z naszej gminy" - 36 000 zł
- wkładka do gazety "Dookoła nas" - 20 400 zł

Bałwochwalstwo w krystalicznie czystej postaci.
A jak jest wystarczy popatrzeć.
TVP INFO pokazał dzisiaj fajny materiał: nieodśnieżone ulice w Chotomowie oraz akcyjne działanie ekipy odśnieżającej jak telewizja przyjechała.
Pokazane zostało też wystąpienie Pana vice wójta T.Rokickiego, który tłumaczy się dlaczego gmina, chociaż jest do tego zobligowana z mocy prawa, ulic nie odśnieża.

Władysław Bartoszewski jest historykiem, który zarazem jest jednym z bohaterów swych fundamentalnych monografii - "Warszawskiego pierścienia śmierci", rekonstrukcji hitlerowskiego terroru wobec mieszkańców stolicy, i "1859 dni Warszawy", panoramy dnia codziennego miasta pod rządami okupanta
Aresztowany we wrześniu 1940 r., Bartoszewski w jednym z pierwszych transportów trafił do świeżo utworzonego obozu w Oświęcimiu. Jako więzień nr 4427 przeżył w Auschwitz ponad pół roku. Zwolniony dzięki usilnym staraniom rodziny i przyjaciół, wrócił do konspiracji - najpierw w akcji pomocy Żydom, potem w Wydziale Informacji BIP Komendy Głównej AK.

Jesienią 1942 r. trafił do komórki więziennej Delegatury Rządu - jako zastępca jej kierownika opracowywał meldunki i raporty o hitlerowskim terrorze. Gdy w styczniu 1944 r. gestapo aresztowało rodzinę Czackich i słuchających w ich mieszkaniu wykładu konspiracyjnych studentów, wraz z innymi żołnierzami AK włamał się tam i usunął ze skrytki klucz do szyfrów. Miesiąc później gestapo wykryło konspiracyjną drukarnię na Saskiej Kępie. Jej szef, znajomy Bartoszewskiego, zginął w walce. Próby wykupienia zwłok zakończyły się niepowodzeniem; Bartoszewski zorganizował nielegalną ekshumację w biały dzień i powtórny pogrzeb poległego kolegi.

"Warszawski pierścień śmierci" Władysław Bartoszewski złożył w wydawnictwie w roku 1966. Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk przez rok wstrzymywał druk. Cóż mogło razić komunistyczną cenzurę w monografii hitlerowskich represji wobec ludności cywilnej Warszawy? Paradoksalnie, mimo nieustannego eksploatowania martyrologii Polaków pod niemiecką okupacją przez oficjalną propagandę systematyczne badania tej kwestii były w powijakach.

Bartoszewski ustalił w swej pracy, że hitlerowcy przeprowadzili niemal dwa razy więcej masowych egzekucji, niż podawano w polskich publikacjach, ale także dowiódł, iż liczba ofiar była znacznie niższa od podawanej oficjalnie przez gomułkowskie władze.

Nie to jednak było w oczach oficjalnej propagandy największą wadą "Pierścienia". W opowieść o łapankach, wywózkach, egzekucjach autor wplótł mnóstwo informacji o polskim podziemiu i jego akcjach zbrojnych. Podziemiu całkowicie zdominowanym przez organizacje lojalne wobec legalnych władz w Londynie.

Zwieńczeniem studiów Bartoszewskiego nad codziennym życiem i walką okupowanej Warszawy jest "1859 dni...". Starania o wydanie tej niezwykłej kroniki trwały niemal dziesięć lat. Dopiero zmiana ekipy władzy na gierkowską umożliwiła jej opublikowanie.

Dziś ukazują się kolejne wydania obu tych książek - po raz pierwszy bez cenzury. Ich polityczne znaczenie przeszło do historii. Nadal są świadectwem doświadczenia Polaków i niezwykłą rekonstrukcją czasu okupacji. Trudno bez poruszenia czytać w "Pierścieniu" powściągliwe opisy ulicznych egzekucji, po których obserwujący je bez słowa warszawiacy zanurzają chusteczki w płynącej jezdnią krwi ofiar.

"1859 dni..." dają ogrom nieznanych, czasem na pozór mało istotnych, czasem zaskakujących faktów: a to, że pierwszy mróz pierwszej okupacyjnej zimy ścisnął 13 grudnia, że miesiąc później, w pierwszym dniu wycofywania przez Niemców przedwojennych banknotów złotowych, chłopi sprzedawali żywność wyłącznie za bilon, że w czerwcu 1940 r. warszawskie Wodociągi oddały do użytku nowo wybudowane kanały na Mokotowie, na Żoliborzu i na Ochocie, czy wreszcie informację o strajku w grudniu 1940 r. warszawskich tramwajarzy domagających się podwyżki płac, strajku, po którym, ratując życie robotniczych delegatów i polskiej dyrekcji, oddał się w ręce gestapo działacz PPS Karol Bem.

Obie książki Władysława Bartoszewskiego są nie tylko klasycznymi dziełami historycznymi, ale i lekturą obowiązkową dla każdego zainteresowanego historią najnowszą.

"Warszawski pierścień śmierci 1939-1944", Świat Książki, Warszawa 2008; "1859 dni Warszawy", wydawnictwo Znak, Kraków 2008

Żródło: Gazeta Wyborcza