Jesli nie macie planow, albo przypadkiem (czy tez nieprzypadkowo) bedziecie w okolicach Golubia-Dobrzynia (miasto w kuj.-pom. ok. 40 km od Torunia, na trasie z Sierpca do Grudziadza ), to fajnie byloby widziec Was na pozegnaniu...

Zegnac sie bede ja, ze stanem wolnym Czyli mowiac jasniej i bardziej oficjalnie:

24 maja 2008 roku o godzinie 14 w Urzedzie Stanu Cywilnego w Golubiu-Dobrzyniu (pl. Tysiaclecia 25) Voytass (czyli ja) zawrze zwiazek malzenski z Dotka (ktora czesc z Was zna ).

Oczywiscie za powoz slubny posluzy nasz wierny kiosk (odpicowany nie do poznania ).

· 

Jakie są potrzebne dokumenty zawarcia ślubu w urzędzie Stanu Cywilnego? Kto wie? bo mam takie może inne pytanie...

hmm więc wiem, że 2dowody i pewno też 2 akty urodzenia?? Bo czy można wziąść ślub poza miejscem zamieszkania? To znaczy chciał bym sobie np. wziąść ślub w Toruniu a jestem z Poznania, czy tak sobie można??

Jak to wygląda, ktoś się dowiadywał na ten temat gdzieś ??


A czytaliście może o tym -> co się stanie, gdy pilot przygotowujący się do lądowania zamiast komunikatu z wieży usłyszy modlitwę?

"Od kilku dni sygnał Radia Maryja można znaleźć na częstotliwościach zarezerwowanych dla lotnictwa cywilnego. Może to zagrażać samolotom lądującym na Okęciu – informuje warszawski dodatek "Gazety Wyborczej".
Sprawę odkryli i ujawnili radioamatorzy. Sprawdzali z kilku miejsc – wszędzie wśród szumów słychać było Radio Maryja.
Dziennikarze interweniowali w Urzędzie Regulacji Telekomunikacji i Poczty i Agencji Lotniczego. Okazało się, że stacja z Torunia używa częstotliwości 126.4 MHz. Jest to awaryjna częstotliwość, na której łączą się piloci z wieżą, w razie problemów na innych pasmach – informuje "Gazeta Wyborcza".
"To niemożliwe, że zakłócamy" – usłyszeli dziennikarze „Gazety Wyborczej” w siedzibie Radia Maryja.
URTiP ma ustalić skąd się biorą zakłócenia i jak je usunąć"

(24.03.2004) to onet i jeszcze Wyborcza: http://serwisy.gazeta.pl/kraj/1,40330,1984808.html
niezły numer tak w ogóle



| juz niedlugo nie bedzie nawet sensu wybierac sie do sadu.
| wlasnie przeczytalem, ze w torunskim (przewaznie w samym toruniu)
| zaczal jezdzic wideoradar.
| minikamera osadzona na dachu cywilnego, nieoznakowanego wozu
| rejestruje predkosc w czasie jazdy, niewlasciwie zaparkowane pojazdy,
| a nawet moga cie dupnac za niebezpieczny manewr,
| typu wyprzedzanie na trzeciego.
| co prawda dla sadu nagranie wideo w swietle prawa
| nie stanowi niezbitego dowodu, ale ktory sedzia przyzna ci racje
| widzac na kasecie jak np. smigasz na czerwonym.
| powiesz, ze tasma spreparowana ? :-)

| czy gdzies w Polsce to juz jezdzi?
| czy mial ktos z tym dranstwem do czynienia?

| tomi

Swiat Orwella nadchodzi sobie juz od lat 70-tych, kiedy to w
Wielkiej Brytanii zamontowano w miejscach znanych z duzej ilosci
"lamaczy dozwolonej predkosci" automaty kamera-radar robiace
fotke samochodu (i rejestracji) w ogole bez udzialu czlowieka.
Aczkolwiek dosyc to sprawiedliwe (w sensie, ze nie oszukuje dla
lapowki) natomiast przerazajace, ze zaczynaja nas pilnowac
roboty.

Uklony.

                                                  ------------------------------------------------------------------------

  Home

  Anna & Jacek Marchel

        HTML Mail
        Netscape Conference Address
        Netscape Conference DLS Server
  Additional Information:
  Last Name  Marchel
  First Name Anna & Jacek


Dwa lata temu w malym miescie na poludnie od Seattle - SeaTac, urzad miejski zafundowal sobie taki automatyczny radar.  Ale
jeszcze szybciej go zdemontowal gdy mieszkancy oswiadczyli, ze nadchodzacych wyborach wszyscy radni zostana "wyglosowani" z
urzedu.  Jak widac, politycy bardziej cenia sobie cieply stolek niz dodatkowy przychod do kasy miejskiej :)

Wiem, ze w Vancouver BC sprzedaje sie specjalne nakladki na tablice ktore polaryzuja/odbijaja blysk kamery robiacej zdjecie;
niestety sa one - jesli pamietam - nielegalne.

Drizzly Spike


· 

Nie moge w piatek bo musze byc pod Toruniem u ksiedza i w Urzedzie Stanu Cywilnego - jakies formalnosci przedpogrzebo... znaczy przedslubne

http://www.nowosci.com.pl...39560&IdTag=238

Sprawa Urtnowskiego w prokuraturze
Postępowanie będzie trudne - ofiara nie zna języka polskiego, a napastnik był pijany
Małgorzata Oberlan, Środa, 3 Czerwca 2009

Sławomir Urtnowski, były menedżer klubu piłkarskiego Elana, jest podejrzewany o pobicie Nigeryjczyka na tle rasowym. Śledztwo prowadzi Prokuratura Rejonowa Toruń-Wschód.

Zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa złożyła pani Anna, żona cudzoziemca.

Jak już opisywaliśmy, do zajścia doszło 21 maja na Rubinkowie około godz. 17.30. Urtnowski siedział w pubie ze znajomymi, był pijany. Jak wykazało badanie, w wydychanym powietrzu miał ponad 3 promile alkoholu. Nigeryjczyka znał, bo mieszkają niedaleko siebie. Feralnego popołudnia pobiegł za nim i kopał.

Żona nie ma wątpliwości, że był to atak na tle rasowym. Urtnowski to były wieloletni działacz Narodowego Odrodzenia Polski - organizacji skrajnej, podejrzewanej o propagowanie faszyzmu.

Reklama
Policja przyjęła zawiadomienie pani Anny, przesłuchała oboje małżonków i sprawę przekazała prokuraturze.

- Śledztwo prowadzić będziemy w kierunku artykułu 257 Kodeksu karnego, mówiącego o naruszeniu nietykalności cielesnej na tle rasowym. To, że do owego naruszenia doszło, jest bezsporne. Musimy jednak zbadać tło zdarzenia - mówi Maciej Rybszleger z Prokuratury Rejonowej Toruń-Wschód.

Postępowanie będzie trudne, bo ofiara nie zna języka polskiego (nie wiadomo, na ile dokładnie będzie potrafiła zrelacjonować, jak została potraktowana przez napastnika). Sam Urtnowski był pijany; nie wiadomo, w jakim stanie byli klienci pubu. Śledczy będą chcieli jednak do nich dotrzeć. Na pewno wysłuchani zostaną dwaj policjanci z drogówki, którzy pomogli Nigeryjczykowi na Rubinkowie i, na końcu, sam podejrzewany.

Prokuratorzy zdają sobie sprawę z wieloletniej działalności w NOP eksmenedżera i wezmą ją pod uwagę. Jeśli zbiorą wystarczające dowody, Sławomirowi Urtnowskiemu może zostać postawiony zarzut napaści na tle rasowym. Jeśli nie - odpowiadać może za samo naruszenie nietykalności cielesnej. Najczęściej ściga się za ten czyn w trybie cywilnym, po skardze poszkodowanego.

- Możliwe jest jednak i ściganie z urzędu, gdy wymaga tego interes publiczny - wyjaśnia prokurator Rybszleger.

Do tematu wrócimy.

Fakty

Zaatakowany przez Sławomira Urtnowskiego Nigeryjczyk mieszka w Toruniu od stycznia. Od roku jest mężem torunianki, z wykształcenia jest ekonomistą. Obecnie uczy się polskiego w szkole językowej.

Witam po raz drugi. Post wysłany wczoraj nie jest już widoczny na:
news.mat.uni.torun.pl ani na News.Individual.NET z którego korzystam (nie
mam też dostępu do NEWS.TPI.PL, pomimo że moje IP zostało nadane z puli
tepsy), poprawcie mnie jeżeli sie mylę. Ustosukowując się do tego co
naskrobałem proszę o pozostawienie całego tekstu, może tpsa nie będzie się
bawic w wycinanie innych  adresów IP (pisze ze stałki).

Witam

ISDN Octopus S, z 2 MSN (płacę za S a mam de facto K- pomimo monitów w BOK)
od 09.2002 czas- nieokreślony, jakieś 300PLN co miesiąc .
Jestem czytelnikiem tej grupy od momentu wprowadzenia "nowych lepszych
taryf"  na ISDN. Szukałem tu jakiejś reakcji na całkowitą zmianę usługi. Po
2 miesiącach od golenia nie widzę ŻADNEJ wspólnej polityki odnośnie nowej
usługi. Po zapowiedzi Ariani z 10.08.

"po planowanych skandalicznych podwyżkach abonamentów za isdn w tpsa (w moim
przypadku i z usługami które mam aktywne to ponad 100%) chciałbym
zaproponować wystosowanie protestu do urzędu regulacji telekomunikacji oraz
antymonopolowego.
tekst protestu będzie przygotowany przez najlepszych prawników prawa
cywilnego w tym kraju i mam zamiar zamieścić go w formacie dokumentu worda
na serwerze do pobrania wypełnienia i wysłania przez wszystkich
zainteresowanych. będzie to inwestycja która może was kosztować tyle co
kartka papieru, znaczek i koperta (znaczek za 1,20) więc chyba niewiele, a
może uda się przynajmniej zwrócić czyjąś uwagę na to co tepsa ma zamiar nam
zafundować"

i z 14.08
" nie jestem w stanie - jak się do tego zobowiązałem - przedstawić wam już
teraz pisma jakie wystosowuję do tpsa i urzędu ochrony konsumenta (tam
trzeba uderzać). ktoś teraz okrasza moje pismo odpowiednimi paragrafami i
fragmentami orzeczeń sądów polskich (i nie tylko). powinno być gotowe w
przyszłym tygodniu i wtedy dam wam znać gdzie można je znaleźć.
pozdrawiam i życzę wytrwałości (przede wszystkim)"

czekałem na udostępnienie pisma/wzorca które każdy z nas mógłby złożyć w
BOK. Po 3 tygodniach oczekiwania nie ma nic. Nie piję tu do Ariani bo każdy
zobowiązuje się do rzeczy na które go stac i które może zrobić (lub nie, co
jak widać się zdarza).  Nie ma przed wszystkim pisma o KATEGORYCZNYM
odrzuceniu  proponowanej_oferty_zmiany umowy. Nie ma pisma do UOKIK.
Właściwie oprócz kilku deklaracji wkurzonych usługobiorców ISDN nie ma NIC.
Czas leci. Na pisma jak widać nie ma co czekać, nie stać mnie na
"najlepszych prawników prawa cywilnego w tym kraju " także pisemko skrobnę
sam.

Jestem ostro wkurzony na ruchy TPSA, czuję się oszukany tym bardziej że
poleciłem i zachwalałem ISDN kilku znajomym (ten sam abonament kilka nr.).
To co osobiście mogłem  to rezygnacja z usług hostingowych tpinternet.pl  ,
w listopadzie kończy mi się cyrograf z Ideą  więc, excuse le mot,
,skurwysynom nie dam na mnie zarobić.  Znajomi już złożyli pisma powrotu na
analog, moją radą była zmiana "dostawcy" ale chcą zachować stary nr.

I jeszcze jedno. Pewnie zdajecie sobie sprawę z tego że grupy
pl.misc.telefonia.xxx  monitoruje TPSA (byle jaki handlowiec monitoruje
grupy)  Pewnie mają jakiegoś produkt menago od ISDN który kombinuję jak to
tanio, całej rzeszy i żeby zbytnio nie szczekali...
Gdybym miał taką fuchę w TPSA, to widząc po ty co się dzieję na.tej grupie
byłbym pierwszy w kolejce po premie.

PS. Do TPSA PR Gratulacje chłopaki.

Pozdrawiam
D


CZY TAKA KANDYDATURA DO NAGRODY NOBLA JEST WŁAŚCIWA,
CO O TYM SĄDZICIE?

Prof. Szyszkowska - kandydatka do Nobla

Pisałyśmy o tym 3 lutego [tutaj]. Dziś stało się to już oficjalne: prof. Maria Szyszkowska została zarejestrowana jako kandydatka do pokojowej nagrody Nobla.

Wirtualna Polska: Profesor Maria Szyszkowska została oficjalnie zarejestrowana jako kandydatka do pokojowej Nagrody Nobla - poinformowała toruńska senator Krystyna Sienkiewicz (Unia Pracy). Kandydaturę Szyszkowskiej na wniosek organizacji walczących z homofobią zgłosiła minister spraw zagranicznych Szwajcarii Micheline Calmy-Rey.

Kandydaturę profesor Szyszkowskiej zaproponowały międzynarodowe organizacje, skupiające homoseksualistów, ludzi walczących z homofobią i pacyfistów - powiedziała Sienkiewcz.

To ogromna radość, zadośćuczynienie za przykrości, jakie wciąż spotykają mnie w Polsce - powiedziała Szyszkowska. Żaliła się, że ataki i przemilczenia spotykają ją nie tylko ze strony fundamentalistów, ale także ze strony mediów.

Pod patronatem Szyszkowskiej powstał - przyjęty później przez Senat - projekt ustawy o rejestrowanych związkach partnerskich. Przewiduje on, że osoby tej samej płci będą mogły zarejestrować związek w Urzędzie Stanu Cywilnego. Zgodnie z nim, zarejestrowanie związku w USC będzie wiązało się z nabyciem wielu uprawnień, głównie o charakterze ekonomicznym, m.in. prawa do dziedziczenia po zmarłym partnerze. Obecnie projekt czeka na rozpatrzenie przez Sejm.

Szyszkowska nie raz apelowała o tolerancję dla odmiennych poglądów, podkreślając, że jej brak jest zagrożeniem dla młodej polskiej demokracji.

Szyszkowska urodziła się w 1937 roku w Warszawie. Ukończyła studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego oraz na Wydziale Filozofii Chrześcijańskiej Akademii Teologii Katolickiej. W 1967 roku zrobiła doktorat na Wydziale Prawa UW. Profesorem nadzwyczajnym została w 1988 r., zwyczajnym - w 1993 r.

Była kierownikiem Zakładu Filozofii Polityki w Instytucie Studiów Politycznych PAN. Przez półtora roku wykładała filozofię na uniwersytecie w Wiedniu. W latach 1994-97 była sędzią Trybunału Stanu RP. Obecnie kieruje Katedrą Filozofii Prawa i Nauki o Państwie na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Opublikowała kilkadziesiąt książek i kilkaset artykułów.

Jest wiceprzewodniczącą Stowarzyszenia Kultury Europejskiej (SEC). Należy m.in. do Związku Literatów Polskich i Polskiego Towarzystwa Filozoficznego. Jest senatorem RP. W styczniu wystąpiła z SLD, ale nadal zasiada w senackim klubie SLD-UP.

Szyszkowska odwiedziła Toruń w ramach promocji książki jej męża Jan Stępnia, pisarza, rysownika i rzeźbiarza.

Od redakcji: W dniu jutrzejszym redaktor naczelna wortalu przeprowadzi specjalnie dla Was wywiad z Panią Profesor - ale nie tylko o nagrodzie, ale również o jej prognozach dotyczących projektu "naszej" ustawy oraz jej planach na dalszą działalność - w tym i polityczą.

Info: Smoky

jacek_8 dnia 07:38, 11-05-2005, w całości zmieniany 1 raz

http://wolnadroga.pl/?dzial=numer&rok=07&nr=26&art=16

(Nie)prawdziwe intencje nowego operatora i jego promotorów

Wraz z nastaniem nowego rozkładu jazdy pociągów, miał miejsce bardzo
szumnie rozdmuchany przez niektóre media, debiut pasażerski spółki
operatorskiej PCC Rail Arriva na terenie województwa kujawsko - pomorskiego.
Wstępne wrażenia z pierwszego dnia kursowania (nie tylko) pociągów w
regionie i sąsiadujących miejscowościach przyległych województw,
przyniosły bardzo mieszane odczucia, z dominacją sporego zażenowania
punktualnością i ogólnym stylem funkcjonowania, które można określić
jednoznacznie jako ogromny falstart.
Biorąc nawet pewną poprawkę na zdarzenia losowe, które czasem mogą się
przytrafić tu i ówdzie - skala swoistej „egzotyki przewozowej” nowego
przewoźnika z polsko - brytyjskim kapitałem przeszła granice powszechnie
rozumianej tolerancji. Bardzo ciekawie wyglądał przyjazd autobusu (nie
szynowego!) do Sierpca z Torunia. Około dwudziestominutowe opóźnienie
oraz nerwowe ogłoszenia ustne kierownika „niby pociągu” poszukującego w
pośpiechu pasażerów na drogę w kierunku powrotnym - rozbawił zarówno
przedstawicieli lokalnych mediów oraz samych kolejarzy sierpeckich,
którzy wpatrywali się na opuszczone ramię semafora z niedowierzaniem.
Całości tej osobliwej groteski dopełniła fatalna ekspozycja rozkładu
jazdy nowego operatora zza okratowanej powierzchni, w objętości niezbyt
dużej tabeli. Podobna sytuacja miała miejsce w miejscowości Skępe, na
tej samej linii o poranku.
Inne ciekawostki w postaci sporych opóźnień w podstawianiu i wyruszaniu
autobusów szynowych miały miejsce w innych miejscowościach, do (co
najmniej) dwukrotnego odwołania kursów pociągów włącznie!
Tłumaczenia szefostwa przewoźnika na zwołanym spotkaniu informacyjnym na
stacji Toruń Główny przekonywały i zapewniały zebranych o tymczasowych
trudnościach spowodowanych formalnościami związanymi z procedurami
przekazywania 13 autobusów szynowych ze strony „PKP Przewozy
Regionalne”. W tym miejscu trzeba stwierdzić, że szukanie przyczyn
własnego nieudacznictwa organizacyjnego i kompletny brak profesjonalizmu
już na starcie - jest zwykłą, lecz bardzo zmyślnie uknutą prowokacją
decydentów tej spółki przewozowej w kierunku zdyskredytowania narodowego
operatora, który w ostatnim roku osiągnął bardzo dobre wskaźniki odzysku
pasażerów i to zarówno lokalnie, jak i też w przekroju przewozów
międzywojewódzkich. Warto o tym pamiętać i to podkreślać w szerokim
przekazie medialnym skierowanym do potencjalnego pasażera!
Totalnie nieudana inauguracja przewozów lokalnych przez usilnie
promowane od lata tego roku konsorcjum, sklecone z jednej strony przez
ledwie jakiegoś operatora przewozów towarowych wraz z operatorem
autobusowym - przynosi w domyśle prawdziwe intencje tego monstrum oraz
grupki kujawsko - pomorskich jego promotorów, działających pod szyldem
zarządu województwa w toruńskim urzędzie marszałkowskim. Osobiście
dziwię się Panu Marszałkowi województwa, iż zaufał bardzo nieodpowiednim
postaciom rzekomych specjalistów od polityki transportowej, nie bacząc
na pewne zagrożenia, które starano się zdefiniować zewsząd w myśl zasady
„pro publico bono” (nie tylko ze strony ówczesnego kierownictwa
Ministerstwa Transportu). Intencje PCC Rail Arriva można było wyraźnie
dostrzec wcześniej w słowach wypowiedzianych przez rzecznika prasowego
firmy, który jakby nieopatrznie wspomniał o planach rozwoju sieci
autobusowej. Uważny odbiorca całości tej średnio zakamuflowanej

doskonale pojmuje to wszystko, wyposażony w dodatkowe fakty kompletnej
tandety nie-kolejowego sposobu podejścia do całokształtu organizacji
przewozów stricte kolejowych.
Bardzo ujemnym efektem próby podstępnego zamysłu przejęcia części
kolejowego rynku przewozów regionalnych dla potrzeb przewoźnika
drogowego (a za taki już teraz można uznać PCC Rail Arriva), może być
utożsamianie przez przeciętnego Kowalskiego wszystkich elementów
startowej „klapy” zaliczonej przez prywatnego przewoźnika w zakres win
ze strony Grupy PKP. Być może nie wszyscy dadzą się zwieść wyrafinowanej
polityce „fałszywych dobroczyńców” rodem z Jaworzna Szczakowej, Torunia
i Wysp Brytyjskich, jednak ogólnie samo słowo „kolej” w naszym kraju dla
95% populacji kojarzy się tylko z trzyliterowym skrótem, od zarania
dziejów tego środka transportu na naszych ziemiach.
Osobliwości falstartu nadmuchanej sztucznie konkurencji szynowej w
kujawsko - pomorskim, powinny dostarczyć ciekawych przemyśleń Urzędowi
Transportu Kolejowego, przy podejmowaniu ostatecznej decyzji o
dopuszczeniu do ruchu po torach rzekomo rewelacyjnego taboru z Danii. W
tym miejscu warto sobie przypomnieć losy niegdysiejszej Lubuskiej Kolei
Regionalnej, której działanie oparto wyłącznie o mało ekonomiczny,
ciężki tabor i to właśnie rodem z Danii. LKR była bardzo krótkim,
wybitnie nietrafionym epizodem, o którym nie warto nawet pisać w
skrócie. Ale warto go przytoczyć na użytek chwili!
Poza tym sensowne byłoby rozważenie zainteresowania się problemem oferty
„kolejowej” zamieszczonej w najnowszym rozkładzie jazdy pociągów, np. w
tabeli 410 ze strony Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W końcu
potencjalny pasażer z małej stacyjki typu Czermno lub Podwierzbie,
umieszczonych w wyżej przytoczonej tabeli, przygotowany na przyjazd
„pociągu” - nie był w stanie, pozbawiony jakiejkolwiek informacji w
rozkładzie jazdy i mediach, skorzystać z połączenia awizowanego przez
PCC Rail Arriva jako typowy pociąg! Zresztą np. do Czermna nie wiedzie
żadna droga kołowa i autobus nie może tam w ogóle dotrzeć! Brak
odpowiedniego symbolu kolejowej komunikacji autobusowej przy numerze
pociągu, jest poważnym naruszeniem praw konsumenta wraz z wszelkimi
konsekwencjami wynikającymi z takowego naruszenia prawa, zawarowanego w
postaci odpowiednich postanowień Kodeksu Prawa Cywilnego.
Tak, czy owak, co do jednego można mieć pewność - intencje nowego
operatora i promotorów wobec całokształtu organizacji szynowych
przewozów pasażerskich w województwie kujawsko - pomorskim i terenach
naturalnie przyległych, są zupełnie rozbieżne z oczekiwaniami wszystkich
tych, którym kosztem zdezawuowania dotychczasowych ofert ze strony „PKP
Przewozy Regionalne” wciśnięto pospolity „kit” zabarwiony obietnicami
wizji niezwykle wysokiego komfortu w europejskim wydaniu. Wnioski na
pewno uda się wyciągnąć każdemu z „omamionych”, zaś konsekwencje w
stosunkowo mało skomplikowany sposób - ze strony odpowiednich podmiotów
(w/wym) wraz z wdrożeniem odpowiedniego postępowania przez inne
odpowiednie organa.
Najwyższy czas na rozliczenie tak pokrętnie prezentowanych społeczeństwu
prymitywnych intencji!


Dziesięć dowodów na to, że komputer jest kobietą

1. Gdy tylko go masz, widzisz zaraz 100 lepszych i ... szybszych oraz łatwiejszych w obsłudze.
2. Każdy Twój najmniejszy błąd będzie Ci na wieczność zapamiętany.
3. Cały czas wydajesz na niego kasę... a co masz w zamian ? Trochę przyjemności od czasu do czasu i same zmartwienia przez resztę życia.
4. Nikt nie pojmuje do końca logiki, wedle jakiej postępuje. No może poza innymi komputerami.
5. Ma genialny talent do komplikowania rzeczy prostych do rangi nierozwiązywalnego problemu... a wtedy wzywa Cię na pomoc lub poddaje się.
6. Niby Cię słucha... ale tylko wtedy, gdy postępujesz ściśle wedle narzuconych przez niego reguł.
7. Niby toto rozumne... ale to tylko pozory.
8. Czasem, gdy dotykasz go w niektóre klawisze, piszczy... (a czasem nie)
9. Gdy jest obok ciebie, noc nie służy do spania...
10. Jak go nie trzaśniesz, to się nie wyłączy.

Do celi wchodzi nowy więzień.
Współwięzień pyta:
- Słuchaj, ile dostałeś?
- Piętnaście lat. Za pomoc medyczną.
- Jak to za pomoc medyczną?
- Teściowa miała krwotok z nosa, a ja jej założyłem opaskę uciskową na szyję.

Kowalscy postanowili pójść do opery. Kiedyś w końcu trzeba... Ubrali się odświętnie w garnitur i niedzielną garsonkę, ustawili się po bilety w kolejce pod kasą. Przed nimi gość zamawia: - "Tristan i Izolda". Dwa poproszę...
Kowalski jest następny: - Zygmunt i Regina. Dla nas też dwa.

T. Blair i G. Bush omawiają plany III wojny światowej. Podchodzi
dziennikarz i pyta ich, co ustalili. Tony:
- Zabijemy 20 milionów islamistów i jednego dentystę.
- A czemu dentystę? - pyta dziennikarz.
Tony:
- Widzisz Georg, mówiłem ci, że nikt nie zapyta o te 20 milionów.

Po skończonym rozdaniu jeden brydżysta krzyczy na drugiego:
- Ty idioto!!! Czemu wyszedłeś w kiera?!
- Przecież pokazywałeś mi serce!
- A jak, cholera, robi serce??? Pik, pik!!!

W ZOO przed klatką z małpami synek pyta się mamy:
- Mamusiu, dlaczego w tej klatce zamknęli informatyków?
- Jak to informatyków? - pyta mama.
- No takich, jak nasz tatuś - nieogolone, brudne i mają odparzenia na
dupie.

Siedzi Mietek u Janka i sobie popijają. Nagle Mietek mówi do Janka:
- U ciebie na ścianie wisi metalowa miska?
- Nie, to zegar z kukułką.
- Zegar z kukułką? Jak to?
- Sam zobacz.
Janek wziął pustą flaszkę po wódce, zamachnął się i rzucił w miskę, a tu
głos zza ściany:
- Cicho tam! Jest 4 rano!

W poczekalni do Świętego Piotra siedzi dwóch facetów. Jeden pyta:
- Jak umarłeś?
- Zamarzłem. Wiesz, niska temperatura i organizm nie wytrzymał. A ty?
- Ja umarłem z zaskoczenia.
- Jak to z zaskoczenia?
- Po prostu! Przyszedłem do domu, a żona naga w łóżku. Zacząłem szukać
kochanka. Szukałem wszędzie, pod szafą, za łóżkiem, w łazience, no po
prostu wszędzie! Nie znalazłem go i ze zdziwienia serce mi wysiadło.
- Szkoda, że nie zajrzałeś do lodówki, wtedy obaj byśmy żyli.

Kowalski pracuje w kostnicy i przygotowuje pana Rysia do pogrzebu.
Odkrywa jego cialo i widzi niesamowicie duzego czlonka. Odcina go,aby
pokazac zonie ten ewenement. Chowa go do teczki i przynosi do domu.
- Kochanie, patrz, co odkrylem!
Zona na to:
- O Boze, Rysiek nie zyje!

Rozmawiaja dwie przyjaciolki:
- Sluchaj, jaki seks mialam wczoraj, normalnie bajka - przelecialmnie
zgodnie z wszystkimi regulami sztuki. Mowie ci, marzenie!
- A kto to byl, jesli to nie tajemnica?
- No wlasnie tego nie moge powiedziec nikomu, tym bardziej jegozonie!

- Czy film, w ktorym glowny bohater ginie moze konczyc sie happyend'em?
- Moze, jesli glownym bohaterem byla tesciowa.

Badania wykazaly, ze 40% mezczyzn mialo pierwszy kontakt seksualnypod
prysznicem. Pozostalych 60% w wojsku nie sluzylo.

Pewna gazeta oglosila konkurs z nastepujacym pytaniem dla panow:
"Siedzisz w eleganckiej restauracji z bardzo piekna kobieta. Maszpilna
potrzebe wyjscia do toalety (na "sikundke"), w jaki sposobpowiesz o tym
towarzyszce w najbardziej kulturalny sposob?"
Wygrala odpowiedz:
"Bardzo pania przepraszam, ale musze wyjsc na chwile, by
pomocprzyjacielowi, z ktorym zapoznam Pania nieco pozniej"

Wchodzi chlopak do zenskiego akademika:
- A ty do kogo mlody czlowieku - pyta portierka.
- A kogo by mi pani polecila?

Trwa egzamin na studia prawnicze. Przewodniczacy komisjiegzaminacyjnej
zadaje pierwsze pytanie kandydatowi:
- Dlaczego chce pan zostac prawnikiem?
- Tato, nie wyglupiaj się...

Przychodzi mały Jasiu do apteki i mówi do aptekarza:
- Proszę mi dać coś do zapobiegania ciąży!
Aptekarz się zdenerwował i reprymenduje Jasia:
- Po pierwsze, to o takim czymś mówi się szeptem, a nie na cały głos
- Po drugie - to nie jest dla dzieci,
- Po trzecie - niech ojciec sobie sam przyjdzie,
- Po czwarte - są tego różne rozmiary .
Jasiu tez się w tym momencie wkurzył, więc mówi:
- Po pierwsze - w przedszkolu uczyli mnie, żeby mówić głośno i wyraźnie,
- Po drugie - to nie jest "nie dla dzieci", tylko przeciwko dzieciom,
- Po trzecie - to nie dla ojca, tylko dla mamy,
- Po czwarte - mama jedzie do sanatorium i potrzebuje wszystkie rozmiary.

W pewnej mieścinie był piekarz, który piekl pieczywo nie nadające się
W ogóle do jedzenia. W sekrecie przed nim zebrali się mieszkańcy i
postanowili uradzić co z nim zrobić... Radzą tak kilka godzin i nic
nie mogą wymyślić...
W pewnym momencie wstaje kowal, chłop wielki i barczysty jak wół i mówi :
- Może mu oj tak tak..... ?!
Na co ludzie mówią:
- Nie no... tak nie można... w końcu mamy tylko jednego piekarza,
nie możemy zostać tak w ogóle bez... i dalej debatują...
Za jakiś czas znowu wstaje kowal i mówi:
- To może oj tak tak..... stolarzowi...? mamy dwóch...

Do Urzędu Stanu Cywilnego przychodzi Indianin i mówi:
- Chciałbym zmienić swoje nazwisko...
- Jak się pan nazywa?
- Waleczny Orzeł Spadający z Nieba na Wrogów i Uderzający Ich Znienacka.
- A jak chce się pan nazywać?
- oj tak tak... !

I.
Gdy moherowy wkładam berecik,
Zaraz mi jaśniej słoneczko świeci.
Od razu troska i kłopot znika
I wszędzie widzę Ojca Rydzyka.

II.
Wczoraj kupiłem kolejny beret
Taki konkretny - już bez usterek.
Choć te poprzednie miały swe wdzięki
To brakowało im wciąż "antenki".

III.
Teraz odbieram fale radiowe,
Naszpikowaną mam ciągle głowę
Wiadomościami z Radia Maryja
I tak mi życie spokojnie mija.

I choć brakuje mi kasy do 1-go,
Choć w domu głodno i brak wszystkiego;
Dzieci buszują już po śmietnikach -
Włączam "radyjko" i troska znika !

V.
Ojciec dyrektor wyprał mą "dynię",
Ale mu wierzę, że z nim nie zginę.
Czekam na pensję jak na zbawienie
Żeby zapełnić jego kieszenie.

VI.
O Ty Narodzie, Ty polski Ludzie
Weź się otrząśnij - nie daj się złudzie,
Że Ojciec Rydzyk coś nam pomoże,
Wyleczy Polskę, rozświetli zorzę

Nowobogacki Rosjanin wyszedł z restauracji w Moskwie, strasznie drogiej
restauracji, tylko dla elit. Widać że nieźle się tam bawił, bo chwiejnym
krokiem, zataczając się co chwila, wszedł do stojącego na przystanku
trolejbusu.
- Na ulicę Rewolucji proszę. Dobrze zapłacę.
Kierowca, trolejbusu:
- Panie, to przedmieścia Moskwy, tam nie ma trakcji.
- Daję 10.000$.
- Dobra, jedziemy!
Widząc, że trakcja zaraz się skończy, kierowca zatrzymał się i
zaproponował kilku łebkom po 100$ za pchanie trolejbusa. Ci oczywiście
się zgodzili, jedzie więc dalej. Gdy są już blisko kierowca do
nowobogackiego:
- Jesteśmy już kilkadziesiąt metrów od celu, ale dalej nie możemy
jechać. Na środku drogi jest gigantyczna dziura.
- Nie ma problemu. Wiem o tym. Wczoraj do domu wracałem metrem.

Muhammed byl znanym ekspertem od dywanow. Jego przyjaciel poprosil go raz, aby mu wycenil starozytne dywany w jego sklepie. Za kazdy dywan bedzie fundowal Muhammedowi wodke. Muhammed dotyka pierwszego dywanu, zamyka oczy i mowi:
- Perski, XVI wiek, 4000 dolarow - po czym wypija wodke.
Dotyka drugiego dywanu:
- Syjamski, rzadki okaz, V wiek, 12000 dolarow...
Na drugi dzien budzi sie Muhammed w domu - caly poobijany, z podpuchnietym okiem i pyta zony:
- Kochanie, co sie wczoraj ze mna stalo?
Na to zona:
- To, ze wczoraj wrociles do domu pijany jak wieprz - w porzadku, to, ze zapaskudziles caly przedpokoj - w porzadku, to, ze zalatwiles sie do umywalki - jeszcze ok, ale kiedy sie kolo mnie polozyles, dotknales moich posladkow i wymamrotales "stara mata kokosowa, 5 centow" - to juz nie wytrzymalam!

Impreza w koszarach radzieckich - Sasza ma imieniny.
Chleją równo wszyscy a tu nagle wpada pułkownik. wk***, gęba całą
czerwona i pyta:
- Który wcisnął guzik numer 216
Żołdacy oj tak tak... mówią że oni nie znaju.
- Pytam jeszcze raz!ktory a fee wcisnął guzik 216
I znowu mówią że nie wiedzą, jeden podchodzi z musztardówką pełną spirytu
i mówi pułkownikowi żeby wypił, Sasza ma imieniny i wogóle.
Pułkownik waha się przez chwilę, ale w końcu macha ręką i mówi:
- A a fee z Holandią

Niemieccy naukowcy, badający ruchy ziemi w Antarktyce, odkryli górę lodową, która pod ciśnieniem śpiewa. Po ogłoszeniu tych wyników Mandaryna spadła o kolejną pozycję w rankingu. Obecnie wyprzedza ją góra lodowa, pralka i gaźnik malucha.

Facet przychodzi do gazety zamówić ogłoszenie:
"Zaginął ukochany kotek mojej żony - czarny, białe skarpetki,
wesołe ślepka, figlarne usposobienie. Dla znalazcy nagroda 5000
złotych!"
- Czy to aby nie za dużo? - zdziwił się redaktor.
- Nie ma obawy, sam parówkowy skrytożerca utopiłem.

Jak doniosły wtyczki z zarządu TV-T z Torunia, z dniem 01.01.2006
uruchomiony zostanie nowy pakiet rozrywkowy w skład którego wchodzić będą
następujące programy:

TELETURNIEJE
"Różaniec z gwiazdami"
"Jaka to modlitwa?"
"Jeden z dwunastu"
"Szansa na odpust"
"Od Torunia do Opola"
"Intifada" lub "Diecezjada" lub > "> Parafiada> "> (jeszcze nie wybrano ostatecznego tytułu)
"Wielka Msza"
"Ananasy z mojej parafii"
"Miliard w Ambonie"
"Diecezja należy do ciebie!"
"Berety do mety"
"Jedno z dziesięciu przykazań"
"Najsłabsze ogniwo" - krótki poradnik z cyklu sam napraw swój różaniec
"Big Brother bitwa" - bonifratrzy vs. franciszkanie
"Śpiewające organy"
"O dwóch takich, co ukradli księżyc" - biograficzny
"Idź na całość" - czyli poradnik jak wypełnić przekaz pocztowy

TALK SHOW I REALITY SHOW

"Jestem jaki jestem" - reality show w domu o. Rydzyka "Prałat Ja****ski Show"
"Co za adwent!"
"Z wizytą u Was" - program kolędowy.
"Parafia zależy od Ciebie"
"Zakrystia - dokument jak powstaje msza"
"Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie" - program Wielkiej Inkwizycji
"Miliard na tacy"

SERIALE

"Pensjonat pod Toruniem"
"Parafia na peryferiach" - serial
"Pierwsza Komunia" - Nowa seria wzorowana na "Pierwszej miłości"
"M jak modlitwa"
"Świat wg redemptorystów" - reż. Okił Khamidov
"Tata, a Ojciec Marcin powiedział... " serial edukacyjny dla rodziców
"Strażnik dekalogu" z Chuckiem Norrisem
"Sutannah" - serial obyczajowy
"Plebania" - a nie, przecież już jest...

PROGRAMY NOCNE

"Telesklep o. Łukasza"
"Liga Mistrzów - historia zakonu"
"Moherowe igraszki" - audiotele z nagrodami
"TRWAM - wkręca"
"Purpurowy kapturek" - bajka dla (starszych) dzieci
"Tygodnik Moherowego Spokoju"
"Czarny pijar" - nowy magazyn detektywistyczny
"Moherowa landrynka"

PROGRAMY HOBBYSTYCZNE

"Podróże kulinarne siostry Alfredy - pieczeń licheńska"
"Mo' Hair" - program o najnowszych, światowych trendach w nakryciach głowy i fryzurach
"Darz Bóg" - program łowiecki - odcinek o polowaniu na jelenie.
"1001 rzeczy które można zrobić z moheru" - drzwi balkonowe
"Samo szycie" - kurs robienia moherowego beretu
"Siostro, po prostu gotuj" - program kulinarny siostry Eutanazji..
"Katechetyczne podróże Ojca Rydzyka"
"Wacha do Maybacha" - magazyn moto

PONIEDZIAŁKOWE MEGAHITY

"Lord of the rings - The Bishop"
"Moherowa podszewka"
"Allo, allo, kto się do nas dodzwonił?"
Koncert zespołu "The Redemptorists" - go

http://wolnadroga.pl/?dzial=numer&rok=07&nr=26&art=16

(Nie)prawdziwe intencje nowego operatora i jego promotorów

Wraz z nastaniem nowego rozkładu jazdy pociągów, miał miejsce bardzo szumnie rozdmuchany przez niektóre media, debiut pasażerski spółki operatorskiej PCC Rail Arriva na terenie województwa kujawsko - pomorskiego.
Wstępne wrażenia z pierwszego dnia kursowania (nie tylko) pociągów w regionie i sąsiadujących miejscowościach przyległych województw, przyniosły bardzo mieszane odczucia, z dominacją sporego zażenowania punktualnością i ogólnym stylem funkcjonowania, które można określić jednoznacznie jako ogromny falstart.
Biorąc nawet pewną poprawkę na zdarzenia losowe, które czasem mogą się przytrafić tu i ówdzie - skala swoistej „egzotyki przewozowej” nowego przewoźnika z polsko - brytyjskim kapitałem przeszła granice powszechnie rozumianej tolerancji. Bardzo ciekawie wyglądał przyjazd autobusu (nie szynowego!) do Sierpca z Torunia. Około dwudziestominutowe opóźnienie oraz nerwowe ogłoszenia ustne kierownika „niby pociągu” poszukującego w pośpiechu pasażerów na drogę w kierunku powrotnym - rozbawił zarówno przedstawicieli lokalnych mediów oraz samych kolejarzy sierpeckich, którzy wpatrywali się na opuszczone ramię semafora z niedowierzaniem. Całości tej osobliwej groteski dopełniła fatalna ekspozycja rozkładu jazdy nowego operatora zza okratowanej powierzchni, w objętości niezbyt dużej tabeli. Podobna sytuacja miała miejsce w miejscowości Skępe, na tej samej linii o poranku.
Inne ciekawostki w postaci sporych opóźnień w podstawianiu i wyruszaniu autobusów szynowych miały miejsce w innych miejscowościach, do (co najmniej) dwukrotnego odwołania kursów pociągów włącznie!
Tłumaczenia szefostwa przewoźnika na zwołanym spotkaniu informacyjnym na stacji Toruń Główny przekonywały i zapewniały zebranych o tymczasowych trudnościach spowodowanych formalnościami związanymi z procedurami przekazywania 13 autobusów szynowych ze strony „PKP Przewozy Regionalne”. W tym miejscu trzeba stwierdzić, że szukanie przyczyn własnego nieudacznictwa organizacyjnego i kompletny brak profesjonalizmu już na starcie - jest zwykłą, lecz bardzo zmyślnie uknutą prowokacją decydentów tej spółki przewozowej w kierunku zdyskredytowania narodowego operatora, który w ostatnim roku osiągnął bardzo dobre wskaźniki odzysku pasażerów i to zarówno lokalnie, jak i też w przekroju przewozów międzywojewódzkich. Warto o tym pamiętać i to podkreślać w szerokim przekazie medialnym skierowanym do potencjalnego pasażera!
Totalnie nieudana inauguracja przewozów lokalnych przez usilnie promowane od lata tego roku konsorcjum, sklecone z jednej strony przez ledwie jakiegoś operatora przewozów towarowych wraz z operatorem autobusowym - przynosi w domyśle prawdziwe intencje tego monstrum oraz grupki kujawsko - pomorskich jego promotorów, działających pod szyldem zarządu województwa w toruńskim urzędzie marszałkowskim. Osobiście dziwię się Panu Marszałkowi województwa, iż zaufał bardzo nieodpowiednim postaciom rzekomych specjalistów od polityki transportowej, nie bacząc na pewne zagrożenia, które starano się zdefiniować zewsząd w myśl zasady „pro publico bono” (nie tylko ze strony ówczesnego kierownictwa Ministerstwa Transportu). Intencje PCC Rail Arriva można było wyraźnie dostrzec wcześniej w słowach wypowiedzianych przez rzecznika prasowego firmy, który jakby nieopatrznie wspomniał o planach rozwoju sieci autobusowej. Uważny odbiorca całości tej średnio zakamuflowanej wiadomości przewodniej i zarazem (wydaje się) celu działania spółki - doskonale pojmuje to wszystko, wyposażony w dodatkowe fakty kompletnej tandety nie-kolejowego sposobu podejścia do całokształtu organizacji przewozów stricte kolejowych.
Bardzo ujemnym efektem próby podstępnego zamysłu przejęcia części kolejowego rynku przewozów regionalnych dla potrzeb przewoźnika drogowego (a za taki już teraz można uznać PCC Rail Arriva), może być utożsamianie przez przeciętnego Kowalskiego wszystkich elementów startowej „klapy” zaliczonej przez prywatnego przewoźnika w zakres win ze strony Grupy PKP. Być może nie wszyscy dadzą się zwieść wyrafinowanej polityce „fałszywych dobroczyńców” rodem z Jaworzna Szczakowej, Torunia i Wysp Brytyjskich, jednak ogólnie samo słowo „kolej” w naszym kraju dla 95% populacji kojarzy się tylko z trzyliterowym skrótem, od zarania dziejów tego środka transportu na naszych ziemiach.
Osobliwości falstartu nadmuchanej sztucznie konkurencji szynowej w kujawsko - pomorskim, powinny dostarczyć ciekawych przemyśleń Urzędowi Transportu Kolejowego, przy podejmowaniu ostatecznej decyzji o dopuszczeniu do ruchu po torach rzekomo rewelacyjnego taboru z Danii. W tym miejscu warto sobie przypomnieć losy niegdysiejszej Lubuskiej Kolei Regionalnej, której działanie oparto wyłącznie o mało ekonomiczny, ciężki tabor i to właśnie rodem z Danii. LKR była bardzo krótkim, wybitnie nietrafionym epizodem, o którym nie warto nawet pisać w skrócie. Ale warto go przytoczyć na użytek chwili!
Poza tym sensowne byłoby rozważenie zainteresowania się problemem oferty „kolejowej” zamieszczonej w najnowszym rozkładzie jazdy pociągów, np. w tabeli 410 ze strony Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W końcu potencjalny pasażer z małej stacyjki typu Czermno lub Podwierzbie, umieszczonych w wyżej przytoczonej tabeli, przygotowany na przyjazd „pociągu” - nie był w stanie, pozbawiony jakiejkolwiek informacji w rozkładzie jazdy i mediach, skorzystać z połączenia awizowanego przez PCC Rail Arriva jako typowy pociąg! Zresztą np. do Czermna nie wiedzie żadna droga kołowa i autobus nie może tam w ogóle dotrzeć! Brak odpowiedniego symbolu kolejowej komunikacji autobusowej przy numerze pociągu, jest poważnym naruszeniem praw konsumenta wraz z wszelkimi konsekwencjami wynikającymi z takowego naruszenia prawa, zawarowanego w postaci odpowiednich postanowień Kodeksu Prawa Cywilnego.
Tak, czy owak, co do jednego można mieć pewność - intencje nowego operatora i promotorów wobec całokształtu organizacji szynowych przewozów pasażerskich w województwie kujawsko - pomorskim i terenach naturalnie przyległych, są zupełnie rozbieżne z oczekiwaniami wszystkich tych, którym kosztem zdezawuowania dotychczasowych ofert ze strony „PKP Przewozy Regionalne” wciśnięto pospolity „kit” zabarwiony obietnicami wizji niezwykle wysokiego komfortu w europejskim wydaniu. Wnioski na pewno uda się wyciągnąć każdemu z „omamionych”, zaś konsekwencje w stosunkowo mało skomplikowany sposób - ze strony odpowiednich podmiotów (w/wym) wraz z wdrożeniem odpowiedniego postępowania przez inne odpowiednie organa.
Najwyższy czas na rozliczenie tak pokrętnie prezentowanych społeczeństwu prymitywnych intencji!

Jacek Knieć

Polecam przeczytac!

Trwa walka województw o inwestorów zagranicznych. Stawką są nowe miejsca pracy, wysokie zarobki i dobrobyt mieszkańców. Podkarpackie staje do walki. Ma szansę. Potrzebuje jednak zdecydowanych działań promocyjnych.

Nasze atuty

Podkarpackie ma się czym pochwalić. W zeszłorocznym raporcie Instytutu badań nad Gospodarką Rynkową (IBnGR) "Sukces rozwojowy polskich województw" Podkarpackie zajęło drugie miejsce. Wyprzedziło je tylko województwo mazowieckie!!! Raport badał dynamikę rozwoju gospodarczego i społecznego województw w okresie 1999-2004, w oparciu o takie wskaźniki cząstkowe jak: stan gospodarki województwa, kapitał ludzki, warunki życia, stan infrastruktury technicznej i funkcjonowanie samorządów. Po lekturze raportu można odnieść wrażenie, że na naszych oczach rodzi się Podkarpacki tygrys W raporcie Podkarpackie zakwalifikowano jako województwo słabe gospodarczo, ale dynamiczne. Trzeba zrobić wszystko, aby przekuć wysoką dynamikę rozwojową na siłę gospodarczą województwa. A do tego potrzeba kapitału i technologii inwestorów zagranicznych.

Podkarpacie zaczyna aktywnie walczyć o inwestycje zagraniczne. Atuty i możliwości inwestycyjne Podkarpacia zaprezentowano podczas konferencji "Szanse inwestycyjne wschodnich regionów Polski", gromadzącej inwestorów, kręgi biznesowe i samorządowców. Marszałek województwa uczestniczył w misji gospodarczej w USA, gdzie zachęcał do inwestowania na Podkarpaciu. Wystąpił też podczas Kongresu Gospodarczego Polonii, który odbył się w połowie czerwca w Sejmie.

Na Podkarpaciu mamy jedną z najwyższych stóp przyrostu naturalnego w kraju. Możemy pochwalić się najwyższym wśród województw poziomem bezpieczeństwa publicznego. Mamy jedyny w kraju ośrodek akademicki kształcący pilotów lotnictwa cywilnego. Politechnika Rzeszowska przygotowuje wysokiej klasy inżynierów na potrzeby przemysłu lotniczego. Rzeszów staje się prężnym ośrodkiem akademickim.

Podkarpacie ma na swoim koncie unikalne w skali kraju osiągnięcie - utworzenie Doliny Lotniczej. Dzięki staraniom jej założycieli Dolina jest obecnie postrzegana jako naturalne miejsce dla inwestycji i produkcji branży lotniczej w Polsce. Dolina Lotnicza stała się dodatkowo płaszczyzną współpracy dla firm przemysłu lotniczego i miejscem, gdzie koncentruje się działalność naukowo-badawcza w dziedzinie lotnictwa . W zamierzeniach Dolina aspiruje do uzyskania wiodącej pozycji w Europie pod względem produkcji dla przemysłu lotniczego. Trzeba pamiętać, że przemysł lotniczy, to obiecująca branża wykorzystująca najnowocześniejsze technologie z olbrzymim potencjałem rozwoju.

Przy okazji trzeba zauważyć, że w innych miastach i regionach Polski będących dotychczas liderami w przyciąganiu inwestorów kurczy się tzw. strefa zysku - grunty pod inwestycje są coraz droższe, pojawiają się problemy z pozyskaniem pracowników, co powoduje wzrost poziomu płac. Rzeszów ma nad nimi przewagę - dysponując dobrze rozwiniętą infrastrukturą wciąż pozostaje miastem relatywnie niedrogim dla inwestorów.

Wyzwania rozwoju

Nie należy popadać jednak w euforię. Podkarpackie ma jeszcze wiele do zrobienia, jeśli chodzi o aktywne przyciągnie inwestorów. Dość wspomnieć, że w ostatnim rankingu atrakcyjności inwestycyjnej województw przeprowadzonym przez Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową (IBnGR) Podkarpackie pod względem aktywności województwa wobec inwestorów uplasowało się na czwartym od końca, 13. miejscu. Poniżej przedstawiamy dziesięć działań promocyjnych, które powinny zostać podjęte lub zintensyfikowane, aby w pełni wykorzystać potencjał inwestycyjny naszego województwa.

Po pierwsze, zaangażowanie samorządów. Możliwości promocji nie są w pełni wykorzystywane. Podczas konferencji "Szanse inwestycyjne wschodnich obszarów Polski" oraz Kongresu Gospodarczego Polonii prezentacja gmin Podkarpacia wypadła blado na tle innych województw wschodniej Polski - województw lubelskiego, podlaskiego, warminsko-mazurskiego czy świętokrzyskiego. W wydarzeniach tych licznie uczestniczyli przedstawiciele gmin z tamtych województw. Byli aktywni, mieli atrakcyjne wielojęzyczne foldery i konkretne propozycje dla inwestorów - można powiedzieć, że to był desant przedstawicieli samorządów. Znamienitym rezultatem takich działań było wylansowanie nikomu wcześniej nie znanej gminy Parczew leżącej w województwie lubelskim. Dzięki aktywnej promocji jej oferta inwestycyjna stała się rozpoznawalna.

Na Podkarpaciu problemem jest brak wśród pracowników administracji samorządowej zrozumienia potrzeby pozyskiwania inwestycji zagranicznych. Towarzyszy temu brak umiejętności podejmowania efektywnych i efektownych działań promocyjnych. W wielu przypadkach jest to rezultatem nepotyzmu, tj. zatrudniania w urzędach samorządowych osób nie w oparciu o klucz kompetencyjny, ale w oparciu o powiązania osobiste. Konieczna jest zmiana mentalności urzędników. Dobrym pomysłem okazać się może zaaranżowanie przez władze samorządowe szczebla wojewódzkiego cyklu szkoleń dla osób zajmujących się obsługą inwestorów w urzędach samorządowych. Szkolenia mogłyby być prowadzone przez specjalistów z PAIIZ i dotyczyć mechanizmów promocji inwestycji i dostępnych form wsparcia dla inwestorów.

Władze gmin powinny zabiegać o włączenie terenów inwestycyjnych znajdujących się na ich obszarze do specjalnych stref ekonomicznych. Status specjalnej strefy ekonomicznej umożliwia podmiotom zlokalizowanym na ich terenia korzystanie ze zwolnień podatkowych. Doświadczenie pokazuje, że doskonała większość inwestycji zagranicznych lokowana jest właśnie na terenach specjalnych stref ekonomicznych. Ustanowienie strefy podniosłoby atrakcyjność tych obszarów. Oczywiście pod warunkiem, że będą to grunty wyposażone w odpowiednią infrastrukturę techniczną i dostępne transportowo. To kolejne zadanie dla władz lokalnych.

Po drugie, współpraca instytucji. Aby w pełni wykorzystać potencjał naszego województwa trzeba zwiększyć wysiłki promocyjne. Coraz lepiej radzi sobie młoda i ambitna pracownica Rzeszowskiej Agencji Rozwoju Regionalnego Monika Szymańska. Ale pozyskiwanie inwestorów wymaga zmasowanych działań wielu instytucji. Czy uda jej się wciągnąć do gry o inwestorów zagranicznych przedstawicieli gmin, izb gospodarczych i mediów? Warto jej pomagać. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy w roku 2010, włączamy telewizor i słyszymy o kolejnych trzech dużych inwestycjach na Podkarpaciu, o powstających nowych miejscach pracy i o rosnącym standardzie życia mieszkańców województwa. Perspektywa jest porywająca i warta wysiłków. Konieczne jest stymulowanie przepływu informacji o możliwościach inwestycyjnych, pomysłach i inicjatywach pomiędzy gminami, Rzeszowską Agencją Rozwoju Regionalnego, PAIIZ i innymi podmiotami. Współpraca daje większą siłę przebicia. Podkarpacie powinno zaangażować się również w inicjatywy o charakterze ponadlokalnym. Przykładem takich działań może być utworzenie przez władze samorządowe województw dolnośląskiego, małopolskiego, opolskiego, śląskiego Autostrady Firm Nowych Technologii, której celem będzie utworzenie na terenie tych województw Polskiej Doliny Krzemowej, wzorowanej na amerykańskiej Dolinie Krzemowej, będącej centrum zaawansowanych technologii. Należy przypuszczać, że rezultatem funkcjonowania Doliny będzie napływ do województw ją tworzących inwestycji ze sfery zaawansowanych technologii - inwestorzy naturalnie kojarzyć będą Dolinę jako obszar predysponowany do działalności w obszarze zaawansowanych technologii. Szkoda, że do grona tych województw nie dołączyło Podkarpackie. Choć może jeszcze nic straconego

Po trzecie, siła lobbingu. Podkarpacie, podobnie jak pozostałe województwa ściany wschodniej potrzebuje lobbingu, który skutecznie będzie artykułował interesy regionu. Pierwszą płaszczyzną kontaktu władz tych województw były wydarzenia towarzyszące promocji Programu Operacyjnego Rozwój Polski Wschodniej. Trzeba jednak kontynuować działania i utworzyć stałą płaszczyznę kooperacji miedzy samorządami wszystkich szczebli. Taki lobbing może zapobiegać marginalizacji gospodarczej województw wschodnich. Przykładem takiej marginalizacji były w ostatnich miesiącach decyzje pozbawiające województwa wschodnie jakichkolwiek korzyści gospodarczych związanych z organizacją EURO 2012.

Należy podjąć działania na rzecz ustalenia preferencyjnych dla ściany wschodniej wskaźników intensywności pomocy publicznej (od której zależy wielkość zwolnień podatkowych dla inwestorów w regionie) oraz korzystniejszego wskaźnika determinującego możliwość objęcia prywatnych gruntów obszarem specjalnych stref ekonomicznych. Obecna wartość wskaźnika preferuje duże inwestycje. Wielkie projekty inwestycyjne są na Podkarpaciu mało realne, rozbiłyby bowiem lokalny rynek pracy i naruszyły równowagę gospodarczą w regionie. Prawdziwą wartością są natomiast projekty średniej wielkości. Biorąc pod uwagę doświadczenia ostatnich lat, pokazujące, że najwięcej inwestycji zagranicznych przyciągają specjalne strefy ekonomiczne, problem nabiera dużego znaczenia.

Po czwarte, pomoc polskich ambasad. Podkarpackie nie w pełni wykorzystuje możliwości związane z funkcjonowaniem przy polskich ambasadach Wydziałów Promocji Handlu i Inwestycji. Jednym ze statutowych celów Wydziałów jest przyciąganie do Polski inwestorów zagranicznych. Dla osiągnięcia poprawy w tym względzie konieczne jest zidentyfikowanie i opisanie naszych silnych stron, przygotowanie prezentacji i publikacji pokazujących atuty i ofertę inwestycyjną oraz dystrybucja materiałów tych materiałów do Wydziałów. Te, korzystając z kontaktów z zagranicznym biznesem, będąc często miejscem pierwszego kontaktu podmiotów zainteresowanych zainwestowaniem w Polsce, mogą zainteresować inwestorów ofertą województwa podkarpackiego. Możliwe są również wspólne przedsięwzięcia - prezentacje i spotkania z inwestorami, którzy wyrazili zainteresowanie inwestycjami w Polsce.

Po piąte, wizerunek medialny. Trzeba podjąć działania na rzecz lepszej kreacji medialnej województwa i to zarówno w mediach krajowych jak i zagranicznych. Mówi się nieraz, że to, czego nie ma w mediach, nie istnieje. Należy pamiętać, że inwestorzy zagraniczni, chociażby z powodu nieznajomości języka polskiego, nie czytają polskich gazet - oni czytają Financial Timesa, Business Weeka czy Wall Street Journal. Osoby odpowiedzialne za promocję województwa powinny inspirować pozytywne publikacje w mediach zagranicznych. Pretekstów jest bez liku - jeśli zagraniczne pismo pisze o starzeniu się społeczeństwa, ryzyku bomby demograficznej albo wpływie przyrostu naturalnego na dostępność siły roboczej, niech pojawi się przykład województwa podkarpackiego wyróżniającego się jednym z najwyższych w Polsce stóp przyrostu naturalnego. Jeśli zagraniczne media piszą o jakimś chuligańskim lub przestępczym incydencie w Polsce, niech pojawi się wzmianka, że Podkarpackie jest najbezpieczniejszym województwem. Gdy przygotowywany jest raport o problemach ze znalezieniem inżynierów lotnictwa i pilotów niech pojawi się wzmianka o Politechnice Rzeszowskiej, której specjalnością jest inżynieria lotnicza i kształcenie pilotów lotnictwa cywilnego Takich atutów jest mnóstwo i pora zacząć z nich robić pożytek.

Form zwrócenia uwagi mediów na potencjał Podkarpacia jest nieograniczona ilość. Im bardziej oryginalne i zaskakujące pomysły tym lepiej, bo tym większe prawdopodobieństwo, że zyskają dodatkowy rozgłos dzięki zainteresowaniu mediów. Naszą perłą w koronie już wkrótce będą obszary w pobliżu lotniska w Jasionce i nowopowstającej autostrady. Trzeba to jednak zakomunikować inwestorom. A co gdyby zorganizować w tym miejscu na ugorze konferencję prasową, na temat perspektyw Podkarpacia? W tle może pogrywać Golec Orkiestra "Tu na razie jest ściernisko, ale będzie San Francisco", a na grillu niech smażą się lokalne przysmaki. Niech zaproszeni goście i dziennikarze dostaną mapę, gdzie będzie przebiegać autostrada, gdzie są działki pod inwestycje i informacje, które z nich objęte są specjalną strefą ekonomiczną. Zaprosić attache handlowych ambasad rezydujących w Polsce i przedstawicieli zagranicznego biznesu.

Po szóste, marketing twarzy. Dzisiejszy marketing to marketing twarzy - konkretnych osób reprezentujących regiony czy instytucje. Dobrym przykładem marketingu twarzy jest promocja Wrocławia wykorzystująca wizerunek medialny prezydenta Rafała Dutkiewicza. Szybko stał się on ulubieńcem mediów a jego popularność przekładała się na popularność Dolnego Śląska. Dość wspomnieć jego bardzo medialną kampanię, która można streścić w trzech słowach "wracajcie, jest praca". Kampania skierowana była do Polaków, którzy wyjechali do pracy za granicę. Taki zaskakujący apel stał się szybko przedmiotem zainteresowania mediów. I choć trudno przypuszczać, by w odpowiedzi na apel prezydenta Polacy pracujący w Anglii masowo zdecydowali się na powrót, to korzyści marketingowe całej akcji były olbrzymie. Dzięki niej o Dolnym Śląsku stało się głośno w mediach i to nie tylko polskich. Nie zapomniano, by przy okazji apelu wspomnieć o ostatnich sukcesach gospodarczych województwa. Kampania została zauważona przez inwestorów zagranicznych, którzy odebrali ją jako wyraz troski władz samorządowych o dostępność siły roboczej. Cały wydźwięk kampanii był bardzo pozytywny.

Wrocław ma Rafała Dutkiewicza, Łodź Jerzego Kropiwnickiego, Gdańsk Pawła Adamowicza, a Rzeszów no właśnie. Rzeszów nie posiada postaci, która mogłaby swoją osobą promować miasto i województwo. Nie musi to być koniecznie Prezydent czy Marszałek. Na Śląsku taką postacią jest prezes Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej Piotr Wojaczek. Ważne, żeby była to osoba uzdolniona w zakresie public relations, ciesząca się autorytetem i kojarzona z regionem. Tak, aby działania tej osoby zwracały uwagę mediów a dziennikarze, potrzebując ciekawego komentarza, wiedzieli, do kogo zadzwonić. Warto przypomnieć, jaką furorę zrobił Rafał Dutkiewicz, kiedy finalizując inwestycję LG Philips podziękował Koreańczykom po koreańsku. Poszło we wszystkich serwisach.

Po siódme, znak rozpoznawczy. Rzeszów nie ma swojego znaku rozpoznawczego - Kraków ma Wawel i Sukiennice, Katowice reklamują się jako miasto wielkich wydarzeń, nawiązując do Ligii Światowej w siatkówce i koncertów gwiazd w Spodku, Poznań ma Targi Poznańskie może więc znakiem rozpoznawczym Rzeszowa staną się na przykład campusy akademickie. Tak czy inaczej konieczne jest wykreowanie znaku rozpoznawczego Rzeszowa, by miasto nabrało wyrazu. Pora ogłosić konkurs albo zaangażować agencję public relations.

Dobrym pomysłem może okazac się proponowane już przeprowadzenie kampanii mającej na celu wykreowanie Rzeszowa jako miasta, gdzie warto studiować. W każdym znanym nam biznes planie inwestycji zagranicznych lokowanych w Polsce znajduje się rozdział, w którym przedstawia się liczbę uczelni i studentów w regionie. I wciąż to jeden z najważniejszych czynników branych pod uwagę przez potencjalnych inwestorów przy podejmowaniu decyzji lokalizacyjnych. Ważne jednak, by kampania uderzyła we właściwym momencie. Takich kampanii nadających Rzeszowowi i Podkarpaciu wyraz powinno być więcej.

Po ósme, współpraca z firmami doradczymi. Aby skutecznie przyciągać inwestorów, trzeba zdawać sobie sprawę, jak praktycznie, od kuchni, przebiega proces ekspansji przedsiębiorstw zagranicznych. Zwykle inwestor poszukujący lokalizacji dla inwestycji korzysta z usług firm doradczych - najczęściej z usług największych międzynarodowych firm doradczych, takich jak na przykład KPMG, McKinsey, czy PricewaterhouseCoopers. Firmy te dostarczają analiz i rekomendacji dotyczących kraju ekspansji i regionu, w którym najlepiej ulokować inwestycję. To sprawia, że adresatem działań informacyjnych powinny być również te firmy. Samorząd województwa powinien przedstawić atuty i możliwości inwestycyjne również największym, firmom doradczym działającym międzynarodowo. Koszt przygotowania takich informacji i ich dystrybucji jest niewielki w stosunku to możliwych do uzyskania korzyści. Zresztą tego typu materiały są już gotowe, wystarczy je zaadaptować i udostępnić firmom doradczym.

Po dziewiąte, zrozumienie potrzeb inwestora. Inwestorzy zgłaszają szczególne potrzeby związane z charakterem prowadzonej przez nich działalności lub preferencji biznesowych. Warto, aby oferta do nich kierowana uwzględniała, oczywiście w granicach rozsądku, te specyficzne oczekiwania. Należy wsłuchać się w głosy inwestorów - z uzyskanych nieformalnie informacji wiemy, że obecnie problemem inwestorów jest wolne tempo obejmowania terenów, na których chcieliby oni ulokować swoje inwestycje obszarem specjalnych stref ekonomicznych. Szybkość działania urzędników może zdecydować tu o być albo nie być inwestycji. Jak wiemy wielu inwestorów jest potencjalnie zainteresowanych terenami w okolicach portu lotniczego Rzeszów-Jasionka. Na szczęście w ostatnim czasie udało się objąć te ziemie specjalną strefą ekonomiczną.

W każdym mieście dysponującym lotniskiem, wokół portów lotniczych rozwija się biznes, szybkie rozszerzenie stref pozwoliłoby uruchomić atrakcyjne lokalizacje dla biznesu, których zaletą dodatkową byłoby to, że oznaczałyby relatywnie mniejsze obciążenia komunikacyjne w samym Rzeszowie.

Po dziesiąte, referencje zadowolonych inwestorów. Jak pokazują nasze doświadczenia o wiele bardziej przekonywującym niż foldery i przekazy pochodzące od władz lokalnych są dla inwestorów opinie inwestorów zagranicznych, którzy już zainwestowali w danym regionie. Ich doświadczenia we współpracy z władzami lokalnymi, w pozyskiwaniu pracowników i kooperantów w regionie oraz uwagi odnośnie problemów i ryzyk są dla nowych, potencjalnych inwestorów bardzo wartościowe. Dlatego warto, w przypadku uzyskaniu informacji o zainteresowaniu inwestora województwem zorganizować mu spotkanie z innymi inwestorami zagranicznymi i przedsiębiorcami, którzy już z powodzeniem prowadzą tutaj swoją działalność. Takie rekomendacje innych przedsiębiorców są dla nich często bardziej przekonywujące aniżeli wysokobudżetowe kampanie promocyjne. Ta forma informacji i promocji powinna uzupełniać dotychczas podejmowane przedsięwzięcia.

W przypadku inwestycji zagranicznych mamy do czynienia z efektem "kuli śnieżnej". Oznacza to, że jedna duża inwestycja w regionie przyciąga następne. Duży inwestor zagraniczny uwiarygodnia region w oczach kolejnych potencjalnych inwestorów. Zwłaszcza, jeśli jest to podmiot o uznanej reputacji rynkowej. Dodatkowo, dużym inwestycjom zagranicznym towarzyszy zainteresowanie mediów - pojawia się możliwość, by przy okazji relacji z podpisania listu intencyjnego, wbudowania kamienia węgielnego, czy otwarcia fabryki promować region i możliwości inwestycyjne, jakie oferuje. Z widocznym efektem kuli śnieżnej mamy do czynienia w Kobierzycach pod Wrocławiem, gdzie w ślad za potężną inwestycją LG Philips lokują się inne podmioty, w Łysomicach koło Torunia, gdzie inwestycja Sharpa przyciąga kolejne firmy czy na Śląsku, gdzie w ślad za inwestycją Fiata pojawiły się inne spółki należące do grupy i ich kooperanci.

Sposobem wykorzystania doświadczeń inwestorów zagranicznych obecnych na Podkarpaciu mógłby być raport prezentujący doświadczenia inwestorów. Takie raporty zwłaszcza, jeśli jego wyniki zostaną przedstawione w atrakcyjnej formie graficznej (wykresy, schematy) i zaprezentowane na konferencji prasowej z udziałem inwestorów z pewnością stałby się przedmiotem zainteresowania mediów i poprawiły rozpoznawalność Podkarpacia. Dowodem skuteczności takich przedsięwzięć było powodzenie akcji firm doradczych - KPMG i PriceWaterhouseCoopers, które kilka miesięcy temu przygotowywały prezentowane cyklicznie raporty na temat największych polskich miast. Wśród nich nie było jednak dotychczas Rzeszowa.

Region z potencjałem

Podkarpackie ma duży potencjał. Reszta jest w rękach samorządowców, mieszkańców i lokalnego biznesu. Konkurencja o inwestycje zagraniczne jest olbrzymia. Ale warto jest walczyć. Stawką jest nasz dobrobyt i pomyślność naszych dzieci.

* Piotr Hajdecki, jest ekonomistą i prawnikem, ekspert w dziedzinie inwestycji zagranicznych

* Bernadeta Miazga, ekonomistka, uczestniczka Kongresu Gospodarczego Polonii Świata

Kontynuujemy dyskusję o wizji Rzeszowa. Diagnozowaliśmy sytuację ośrodka akademickiego i jego współpracę, a raczej brak tej współpracy z miastem, zastanawialiśmy się nad wizerunkiem, marką Rzeszowa. Zapraszamy do dyskusji, czekamy na wasze opinie. Jutro zastanowimy się nad miejscem Rzeszowa na mapie polskich metropolii.


Źródło: Gazeta Wyborcza Rzeszów
http://miasta.gazeta.pl/r...62,4745823.html

Alez dobitnie! Taki potencjal kontra taaaka bezradnosci! Czas na dzialania Panowie, czas na dzialania...!

BYŁEM ŚWIADKIEM TAMTYCH LAT

W lipcu 1945 roku zostałem skierowany przez dyrekcję Okręgową Kolei Państwowych Gdańsk do Malborka na stanowisko komendanta rejonowego Służby Ochrony Kolei. Z Gdańska do Tczewa przyjechałem pociągiem. Poniważ dalej pociągi nie kursowały, pozostałą cześć drogi odbyłem pieszo. Kiedy zbliżyłem się do Wisły, stwierdziłem, że most jest zniszczony. Zacząłem więc zastanawiać się, w jaki sposób dostać się na drugi brzeg rzeki. Wkrótce odnalazłem rybaka, który za niewielką opłatą przewoził ludzi przez Wisłę. W ten sposób raz z innymi znalazłem się w Lisewie. Dalszą drogę wraz z przygodnie spotkanymi ludźmi odbyłem pieszo. Wieczorem znalazłem się w Malborku. Tu dowiedziałem się, że istniała już SOK, której komendantem był przedwojenny podoficer Wojska Polskiego z Bydgoszczy, niejaki Panek. Po krótkiej rozmowie i okazaniu dokumentów poprosił mnie do swego mieszkania przy ul. Klonowej 13, gdzie spędziłem pierwszą noc. Następnego dnia znalazłem mieszkanie, gdzie mieszkam do dnia dzisiejszego. Jeszcze tego samego dnia wspomniany komendant zapoznał mnie z zawiadowcą stacji – Koniecznym. Naczelnikiem Oddziału Drogowego PKP był pan Baśniak. Budynki stacyjne wyglądły tak samo jak dzisiaj. Pomiędzy torami leżały kupy śmieci. Za budynkiem poczty – idąc w kierunku poczty – stała duża, pokryta dachem drewniana szopa bez bocznych ścian. W niej magazynowano fortepiany i pianina, których żołnieże sowieccy pilnowali, a następnie ładowali do wagonów i wywozili w głąb Rosji. Tory kolejowe na trasie Malbork-Kwidzyn i Malbork-Myślice były rozebrane i wywiezione. Pozostały tylko podkłady. Mosty na Nogacie były wysadzone przez ustępujące wojska niemieckie. Od zwiadowcy stacji dowiedziałem się, że to on przejmował od przedstawicieli sowieckich władz wojskowych malborksą stację kolejową. Po ich odejściu poszedł do piwnicy, gdzie zauważył podłożony ogień. Znajdowało się tu dużo rzeczy łatwopalnych. Okazało się, że ogień podłozyli Rosjanie już po podpisaniu protokołu zdawczo-odbiorczego. Na szczęście ogień udało się ugasić. W przeciwnym razie stacja spaliłaby się. Jako komendant rejonowy wraz ze swoimi SOK-istami miałem obowiązek zabezpieczenia mienia kolejowego i bezpieczeństwa pasażerów na terenie powiatów: malborskiego, sztumskiego, elbląskiego i nowodworskiego. W tym czasie kursowały już pociagi z Malborka do Warszawy, Elbląga i Braniewa. Wszystkie pociągi były konwojowane przez strażników SOK. W Malborku zatrzymywało się dużo ludności niemieckiej, która po przenocowaniu na stacji, różnumi środkami komunikacji dostawała się do Tczewa, a stamtąd do Niemiec. Wśród zebranych na stacji ludzi przeważały kobiety i dzieci oraz mężczyźni a podeszłym wieku. W poczekalni SOK-iści nieraz musieli interweniować, gdyż ludność niemiecka była napastowana przez maruderów sowieckich i szabrowników. W porze wieczorowej i nocnej rozlegały się głosy gwałconych i wołających o pomoc kobiet. Wysłane tam patrole potwierdzały fakty gwałtów dokonywanych przez żołnieży sowieckich. W koszarach pełno było żołnieży, natomiast w budynkach przylegających do koszar mieszkali oficerowie, niektórzy nawet ze swoimi rodzinami. Pewnej nocy usłyszałem stukanie do swego mieszkania. Po odezwaniu się stwierdziłem, że przybysze rozmawiają ze sobą po rosyjsku. Gdy stwierdzili, że dzwonię na wartownię wzywając pomocy, oddali kilka strzałów w drzwi i szybko się oddalili. Na szczęście odbyło się bez ofiar. Przybyłemu potrolowi poleciłem spenetrować teren – ale bez rozultatu. Któregoś dnia otrzymałem meldunek, że na stacji kręci się trzech osobników: jeden w mundurze oficera WP, drugi w mundurze kolejarskim, a trzeci ubrany po cywilnemu. Okazało się, że byli to oficerowi Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, którzy przybyli w celu zorganizowania odpowiedniej placówki na PKP. Od nich dowiedziałem się, że moją osobę upatrzyli sobie na kierownika PUBP przy Oddziale Ruchowo-Handlowym w Tczewie. Obiecali, że otrzymam mieszkanie w Tczewie, stopień majora, umundurowanie i inne profity. Powiedziałem, że w tej sprawię muszę porozmawiać z żoną i udzielę odpowiedzi następnego dnia. Dzięki rozsądkowi mojej żony oddzwoniłem, że nie wyrażam zgody na objęcie promowanego mu stanowiska. Kiedy w 1949 r. Zostałem aresztowany, przypomnieli mu, że kiedy byłem mu potrzebny, odmówiłem pomocy, a teraz sam takiej potrzebuję. Swoją 6-osobową rodzinę sprowadziłem do Malborka na początku września 1945 roku. Po zakończeniu działań wojennych przez Malbork przeciągały powracające z zachodu wojska sowieckie. Przez miasto kobiety w mundurach pędziły na wschód duże ilości bydła. Wśród poganiaczy byli również żołnieże frontowi. Od nich za 10 litrów bimbru można było nabyć krowę. Zamek malborski był bardzo zniszczony i w dodatku niestrzeżony. Mógł wejść do niego każdy, kto chciał. Na dziedzińcu Zamku Średniego lażały powalone na ziemię cztery posągi wielkich mistrzów wykonane z brązu. W piwnicach zamkowych zamagazynowano wiele wartościowych przedmiotów i duże ilości alkoholu. W czasie organizowania swego biura posłałem do zamku kilku strażników po materiały kancelaryjne. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zamiast papieru przywieźli platformą konną butelki z wódką. Za wyładowaną w piwniyc wódkę, otrzymaliśmy od Rosjan krowy i inne materiały żywnościowe, które ratowały nas od głodu. W tym czasie łątwiej było o mięso niż o chleb, po który musieliśmy jeździć aż do Bydgoszczy. Z nabytymi od żołnieży sowieskich produktami nie było żadnych problemów, gdyż mieliśmy swego rzeźnika i kucharza. W późniejszym czasie otrzymywaliśmy paczki amerykańskie. Komendant MO por. Marciniak odpowiadał mi, że przechodząc kiedyś koło zamku z ktp. Koszelą usłyszali dochodzącą stamtąd kłótnię. Po zastanowieniu się postanowili wejść do środka. Mieli przy sobie brań krótką. Tu, ku ich zdziwieniu, spotkali kilkuosobową grupę ludzi, przy których leżały duże ilości złotych kielichów i innych przedmiatów sakralnych stanowiących ogniś wyposażenie kościołów. Byli to ludzie z Warszawy, którzy nie mogli dojść do porozumienia w sprawie podziału łupów. Zatrzymali oni wówczas szabrowników wraz ze zrabowanym mieniem. Sam słyszałem o tym wypadku przez radio. Mówiono wówczas, że uczciwi oficerowie przekazali owe przedmioty do Muzeum Narodowego w Warszawie. Tymczasem żcie w Malborku, do którego przyjeżdżało coraz więcej repatriantów i osadników, toczyło się dalej. W 1946 r. Zorganizowano tu pierwszy powóch pierwszomajowy. Również w dniu 3 maja miał miejsce pochód i nabożeństwo w kościele. W pochodach tych brały udział władze miejskie i partyjne. Proboszczem parafii był ks. Feliks Sawicki, wysiedlony z Wołynia. Początkowo SOK-iści i członkowie Ochoteniczej Straży Pożarnej chodzili do kościoła ze swoimi komandantami grupowo. Kiedy maszerowaliśmy do kościoła, śpiewaliśmy piosenki partyznackie, gdyż większość z nas walczyła w lasach i znała tą melodię. Za naszym oddziałem szły gromady dzieci, a nawet ludzie dorośli. Pierwsza procesja Bożego Ciała szła całą szerokością ul. Kościuszki. Procejsę prowadził ks. proboszcz Feliks Sawiski, w otoczeniu oficerów WP i kolejarzy. Lecz później, po przysłaniu do naszych jednostek “politrunków”, zabroniono nam chodzić grupowo do kościoła.
MOJE HOBBY ZAPROWADZIŁO MNIE DO MALBORKA

Rankiem 19 kwietnia stanałem na tczewskim brzegu Wisły, by popatrzeć na jej nurt, bo jak wilka ciągnie do lasu, tak mnie zawsze ciągnęło nad wodę. Na lewo od zburzonego mostu kolejowego pracował prom, obsługiwany przez wojskową ekipę radziecką. Promem przeprawiały się to w jedną, to w druga stronę tabory wosjkowe, różnego radzaju pojazdy armii radzieckiej. Z rzadka trafiali się cywile, więc i mnie naszła chętka przeprawienia się na drugą stronę. Nieskrępowany większym bagażem, przez nikogo nie indagowany, a również sam nikogo nie pytając o pozwolenie, wcisnąłem się pomiędzy pojazdy ustawione na promiei popłynąłem za Wisłę. Pierwszy raz w życiu stanąłem na tamtym brzegu i jakby nic, wraz ze sznurem pojazdów i grupką milczących cywilów, skierowałem się w stronę wału. Bez większego wrażenia minąłem leżącego trupa starszej kobiety, porozbijane pakunki, walające się różnego rodzaju naczynia, połamane wózki, porzucone, rozdarte walizki. Za wałem pojazdy i ludzie rozpłynęli się, wszystko podążało gdzieś w swoim kierunku, ucichły nawoływania żołnieży, zagubił się warkot silników, grupka cywilów skierowała spieszne kroki w sobie wiadomum kierunku – i zostałem sam na bruku Lisewa. Że to było Lisewo jeszcze nie wiedziałem, dopiero później zauważyłem napis “Lissenau”. Przeszedłem całą wieś, nigdzie żywego ducha, gdzieś w oddali sylwetka człowieka. Instynktownie skierowałem się do budynku, w którym przeczuwwałem szkołę. W klasach porozrzucane, zdekompletowane długie czarne ławy, w jednej z głównych sal sporo narzędzi do zajęć praktyczno-technicznych. Zdjąłem z siebie jesionkę, zabrałem się do zbierania narzędzi i ich układania w szafie. Obszedłem inne sale, zajrzałem do izb mieszkalnych z pełnym, ale pozostawionym w nieładzie umeblowaniem, ze stołami zastawionymi kompletem brudnych naczyń i niedojedzonych potraw. Na podłodze baterie opakowań szklanych, zakrzepłe plamy rozlanych płynów, resztki odzieży itp., a przed progiem u wyjścia na podwórze zabita, wzdęta, z wyciętym pośladkiem – wielka krowa. Ostatni obrazek zniechęcił mnie do dalszej penetracji i dałem się w dalszą drogę. Natknąłem się na drogowskaz z napisem “nach Marienburg 18 km”. Napis ten przypominał mi sceny o Jurandzie, Danusi, o zamku z “Krzyżaków”, a także o 18 km. Prawie błyskawicznie powstało postanowienie: - co mi to szkodzi zobaczyć ten Marienburg. Pogoda była możliwa, deszcz nie padał, nogi dość silne więc w drogę. /.../ Doszedłem do Kałdowa, które jest mieszaniną swych różnorakich zabudowań – pustką pootwieranych drzwi i okien, nieładem i zaśmieceniem ponad miarę – nikorzystnie się prezentowało. Wstępiłem w obejście szkoły przy obecnej ul. Głównej, obszedłem klasy na parterze, z kolei udałem się na pierwsze piętro. W załomie schodów tkwiło zwalone, czarne pianino. Widocznie stoczyło się ze schodów, na zakręcie wbiło się swym ciężarem między barierę a ścianę – i tak pozostało. Było już późne popołudnie, gdy stanąłem nad Nogatem, z widokiem na zamek. Drewnianym mostem (był nieco inny niż obecny) pierwszy raz w życiu przechodziłem przez Nogat. Z lewej strony szerzyły się zęby zniszczone konstrukcje mostu kolejowego i mostu kołowego, na prawo od zamku wyciągały ramiona kikuty kominów i fragmenty scian po zburzonych budynkach Starego Miasta, a dalej w prawo dumna jak i dzisiaj – czerwieniła się znana wszystkim wieża ciśnień. Zamek od stronu Nogatu nie wykazywał bardziej widocznych zniszczeń. Czerwień ścian i dachów jego zabudowań, murów obronnychm budowli Starego Miasta, Gmach MRN stwarzał jakieś swoiste charakterystyczne uczucie smutku i przytłoczenia. Widok zamku od strony głównego wejścia, a szczególnie poszczerbione mury od strony południowo-wschodniej, olbrzymie wyrwy, odsłaniające fragmenty wnętrz pomieszczeń zamkowych, zniszczona wieża Zamku Wysokiego, rozbita kaplica i postrać Chrystusa, rozpiętego na ramionach wielkiego krzyża, umieszczonego na bocznej ścianie kaplicy zamkowej, a u dołu wraki rozbitych pojazdów, dział samobieżnych i czołgów pierścieniem okalających zamek – potęgowały uczucie smutku i przygnębienia. Ten niesamowity widok oraz cisza zalegająca wokół, stwarzały nastrój powagi, zmuszały do zatrzymania się i dokonania próby odtworzenia scen, jakie się w tym miejscu rozegrały. Nie pamiętam, gdzie spędziłem pierwszą noc w Malborku. Przypominam sobie, że wszedłem do jakiegoś mniej okazałego domu i prawdopodobnie na jednej z górnych kondygnacji, w mieszkaniu z pełnym wyposażeniem zatarasowałem drzwi wejściowe i na jakiejś leżance zasnąłem. Następnego dnia znalzałem się na obecnej ul. Grunwaldzkiej, gdzie w pomieszczeniach dzisiejszego narożnego sklepu spożywczego już istniała pierwsza w Malborku stołówka dla grupy Polaków, którzy rozpoczęli pracę nad organizowaniem władzy ludowej i odbudową normalnego życia. Tego samego dnia jako sekretarz Urzędu Ziemskiego zająłem się orgaznizowaniem kancelarii, ściągniem materiałów i przyborów piśmiennych, załatwianiem korespondencji i wypisywaniem zaświadczeń na przydział działek rolnych i ogródków działkowych. Kierownikiem tej placówki był ciągle pykający fajkę inż. Edmund Chełchowski, a sprawy finansowe prowadził nieżyjący już dziś pan Wiech. Wykonany przeze mnie szyld “Urząd Ziemski w Malborku” wywołał gorącą dyskusję wokoło pisowni końcówki w nazwie “Malbork” czy “Malborg” i przez długi czas jedni pisali przez “k” inni, których w pewnym okresie było nawet więcej, pisali przez “g”, co uwidaczniały niektóre pieczęcie urzędowe. /.../ My, Polacym, mieliśmy dwucześciowe legitymacje przepustki, wydane z jednej strony w jezyku polskim z podpisem i pieczątką Pełnomocnika Rządu RP, a z drugiej w języku rosyjskim z podpisame i pieczątką “Komendanta Marienburg”. Na rękawach jedni nosili opaski biało-czerwone, inni czerwone. Od czasu do czasu zachodziałem nad Nogat, by znalezionymi wędkami popróbować szczęścia. I rzeczywiście szczęście dopisywało. Takiej rybnej wody, jaką był Nogat w pierwszych latach powojennych, jeszcze w swoim życiu nie wiedziałem. W pierwszych dniach maja 1945 roku do Malborka zaczęły napływać transporty repatriantów, a również coraz więcej przybywało rodzin niemieckich z powojennej wędrówki. Malbork ożywił się. Dzieci w Malborku przybywało, więc z końcem maja 1945 roku opusciałem Urzęd Ziemski i przystąpiłem do organizowania szkoły. Do pracy wykorzystywano również obywateli niemieckich. Miejscem zbiórki każdego ranka był teren obecnego lodowiska i placu targowego (wówczas strzelnica) i właśnie na tym terenie z rozkazu władz zbierali się Niemcy obojga płci i stąd byli zabierani do pracy. Codziennie rano chodziłem na plac apelowy, gdzie wyznaczano mi kilka kobiet niemieckich do pracy. Prowadziłem je do budynku obecnego Liceum Ogólnokształcącego i rozpoczynałem sprzątanie, wstawianie szyb, ustawianie ławek, naprawę tabloc, gromadzenie kredy. W widocznych miejscach naszego obecnego śródmieścia rozwiesiłem następujące ogłoszenie '...'. Nauka rozpoczęła się 11 czerwca 1945 roku i trwała do 19 lipca tego roku. Szkoła posiadała trzy klasy i była pierwszą polską placówką oświatową po długich latach niewoli. Nowy rok szkolny 1945/46 rozpoczął się 5 września 1945 roku w uprzednio przygotowanym do zajęć budynku dawnej szkoły poszechnej ul. Żeromskiego 45.

MOJE WSPOMNIENIA ZE STACJI PKP MALBORK

Po wyzwoleniu Malborka przez wojska radzieckie w marcu 1945 roku i po ustaniu działań wojennych mosty na rzece Nogat i Wiśle były zerwane, a stacja kolejowa powaznie zdewastowana. Czynne były tylko dwie linie kolejowe na odcinkach: Iława-Malbork i Malbork-Elbląg. Stacja została obsadzona przez kolejowe oddziały wojsk radzieckich. Już w kwietniu 1945 roku przybyła tutaj polska kompania SOK w ilości 180 ludzi, która zaczęla ochraniać ważne obiekty kolejowe przed dalszą dewastacją. Dowódcą kompanii był ob. Panek , a większość strażników wywodziła sie z danych partyzantów i członków ruchu oporu z województwa kieleckiego i łódzkiego. Byli to ludzie odważni i zdyscyplinowani, którzy z czasem przeszli do innych służ, a wielu z nich do dziś pracuje na PKP w Malborku. 31 maja 1945 roku przybyła do Malborka pierwsza grupa pracowników służby ruchu, skierowana z Tczewa pociągiem przez Smętnewo-Prabuty na polecenia DOKP Gdańsk. Dyrekcja urzędowała w tym czasie w Bydgoszczy. Wtedy w budynku stacyjnym na piętrze urzędował już pierwszy zawiadowca stacji Władysław Konieczny, mianowany przez DOKP. Mieszkał tutaj z rodziną. W grupie pierwszej znajdowali się .... . Umieszczono nas w starej noclegowni na piętrze. Byłą to pora ciepła, więc każdy na słomie się przespał. Następnego dnia została wyznaczona służba. Podzielono nas na trzy zmiany i przydzielono jako podwójną obsadę do kolejarzy radzieckich. Przez cały pierwszy tydzień zapowiadano pociągi po łączności selektorowej w języku rosyjskim. Linie kolejowe z Malborka przez myślice do Olsztyna i Malborka do Torunia przez Grudziądz były rozebrane. Kursowały tylko pociągi wojskowe w kształcie podkowy: Iława-Malbork-Elbląg i z powrotem. Na liniach tych czynne były tylko cztery stacje: Iława-Prabuty-Malbork-Elbląg. 7 czerwca 1945 roku, stacja Malbork została przekazona przez wojska radzieckie władzy polskiej, tj. PKP. Jakie były wtedy warunki pracy i płacy, łątwo sobie wyobrazić. W nocy z 6 czerwca na 7 czerwca wojska Kolei Radzieckich spaliły celowo pomieszczenia w budynku naprzeciw koszar., gdzie mieściły się telegraf i telefony i odjechały rano w kierunku Elbląga. Pozostała tylko łączność za pomocną pisemnych zgłoszeń. Nieczynne były semafory i rozjazdy. W zdewastowanych nastawniach iglice przekładano za pomocą łomów. Byliśmy bez żadenj łączności telefonicznej i telegrafiznej przez cały czerwiec 1945 roku. Pociągi kursowały abrdzo rzadko w umówionych odstępach dwóch godzin. Szybkość ich wynosiła od 15-20 km/h. Brak było kompletnie urządzeń zabezpieczających ruch pociągów. Nie były czynne semafory wyjazdowe i wjazdowe. Pociągi wjeżdzały na rozkazy szczególne. Brak było nawet przeciwwag do rozjazdów, które pracownicy przekładali łomami, każdą iglice oddzielnie. Cała zmiana poracowników służby ruchu mieściła się na parterze nastawni MB, a po każdy pociąg trzeba było wychodzić do pierwszej zwrotnicy wjazdowej, skąd pracownik pilotował go pomału na stację. W mieście i na stacji brak było prądu, gazu i wody. Czynna była tylko jedna studnia w obrębie stacji, od strony alei Wojska Polskiego, w ogrodach budynku PKP, gdzie czekały długie kolejki ludzi po wode pitną. Nocne służby organizowaliśmyprzy latarniach stajennych i przy lampach karbidowych, które pracownicy przywieźli ze sobą, a beczkę karbidu znaleźliśmy w piwnicy stacyjnego budynku, któego wygląd był opłakany. Wszędzie brak było szyb, w wiatr hulał, robiąc przeciągi. Pomieszczenia poczekalni były przepełnione ludźmi, zwłaszcza Niemcami i autochtonami, którzy wracali z ucieczek na swoje miejsca. Na ulicy Kościuszki był zwał gruzów od obecnego sklepu rybnego przez całą ulicę na wysokości kilku metrów. Sklepy i punkty usługowe nie były czynne. W mieście można było zauważyć od czasu do czasu szabrowników, którzy, co tylko dało się “zorganizować”, zwozili do zajmowanych mieszkań. W pierwszym okresie brakowało zwłaszcza chelba, mąki, mięsa, cukru, tip., tj. podstawowych poroduktów potrzebnych do życia. W powietrzu unosił się zaduch rozkładanych ciał, które można było znaleźć w zakamarkach miasta i parku. Większość całych domów na przedmieściu Piaski I i ulic od Cukrowni do Nowej Wsi oraz ul. Grunwaldzka zajęte były przez wojska radzieckie. Po dwóch tygodniach pobytu 14 czerwca 1945 roku my, pracownicy stacji, zameldowaliśmy się w Komendzie Miasta, gdzie otrzymaliśmy dowód zameldowania w języku polsko-rosyjskim. Kolejarze więc byli jednymi z pierwszych, którzy przybyli do malborka. Przed nami były już wyładowane trzy transporty repatriantów w województwa wołyńskiego, którzy zajęli przeważnie budynki gospodarcze na przedmieściach Malborka. Od nich właśnie kupowaliśmy mleko, które było bardzo potrzbne dla nas i dla dzieci. Jeden z transportów repatriantów stał na przeciw Parowozowni Malbork i nie chciał się wyładować, uważając, że są to tereny niebezpieczne. Wybuchła tam epidemia tyfusu, przez co tory od 101-117 są nazywane do dzisiaj “tyfusem”, bo wtedy pracownicy nie wiedzieli jak nazwać te tory. Potem, po usilnych zabiegach wyładowali sie wreszcie z wagonów. Na niektórych torach stacji Malbork były wyrwy do 20-50 cm u przejazd, zwłaszcza po bocznych torach był bardzo utrudniony i niebezpieczny. W czerwcu razem z trzema pracownikami ruchu zająłem wolne mieszkanie przy ul. Wiosennej 21. Na dowód zajęcia mieszkania wywiesiliśmy flagę polską i na drzwiach kartkę z napisem: “mieszkanie zajęte...” W lipcu przyjechała grupa przydzielonych 20 pracowników, którzy obsadzili kasy: towarową, stacyjną i biletową. W sierpiniu ruszyły pierwsze pociągi pasażerskie z tzw. “towosków”, tj. Wagonów towarowych tymczasowow przydzielonych do przewozu podróznych. W miesiącu lipcu 1945 roku łącznościwocy PKP doprowadzili wreszcie łączność telefoniczną pociągową z Prabutami i Iławą po jednym przewodzie, co dało możłiwość porozumienia się w sprawach pociągów. Jeszcze nadal brak było żywności i sklepów. Pierwszym kierownikiem biura personalnego na stacj ibył Leon Kraiński, a zaopatrzeniowcem Ignacy Drumiński. W Parozowni Malbork maszyniści urychomili dwa stare parowozy typu belgijskiego i austriackiego, które zaczęły pracowac przy przetkoach. Bufet stacyjny objęła rodzina Walenciaków, która częściowo zaspokajała potrzeby podróżnych w tych trudnych czasach. Powstawiano szyby w oknach i na zimę 1945/46 budynek stacyjny był oszklony. Służba zabezpieczenia, która w międzyczasie się zorganizowała, zaczęła działać. Podłączyła głównie rozjazdy na obsługę ręczną, nie uzalezniona jeszcze od semaforów, a dyżurnego ruchu przeniesiono na peron trzeci, zaprowadzając połączenia telefoniczne na posterunki, co miało dać możliwość kierowania ruchem po torach głównych stacji... Dużą pomoca dla pracowników kolejowych była stołówka kolejowa przy ul. Dworcowej, gdzie za drobną opłatą można było kupić obiad lub talerz ciepłej zupy. Na zimę w październiku lub listopadzie 1945 roku, podłączono na stacji wodę miejską, co poważnie ułatwiło nam pracę. W odbudowie zniszczonych urządzeń zabezpiczających wyróżnili się tacy pracownicy służby zabezpieczeniach ruchu. Włożyli oni dużo pracy, aby zniszczone urządzenia najpierw przsytosować do obsługi ręcznej według tablic kluczowych, skrzyń i bloków zabezpieczających, a następnie do uruchomienia zastawni mechanicznej oraz urządzenia elektryczne, co dało możliwość zwiększenia biegu pociągów z 20 km/godz. do 80 km/godz. Zwiększyła się też ilość kursujących pociągów, co poprawiło zaopatrzenie miasta i powiatu w niezbędne artykuły potrzebne do odbudowy. Oddano wreszcie w roku 1947 most na rzece Nogat, co prawda tylko jednotorowy z dostaw UNRRA. Przedłużono zatem kursowanie pociągów do Lisewa, a przez Wisłę nadal przejeżdżano promem. Odbudowano dwie linie kolejowe: Malbork-Myślice-Olsztyn i Malbork-Toruń przez Grudziądz. Kolejarze stacji Malbork w roku 1946 zaczęli sprowadzać rodziny i życie zaczęło się normować...

LATA MINIONE

Wiosną 1945 roku po całkowitym zakończeniu działań II Wojny Światowej droga do Malborka prowadziła mnie przez miasto Tczew. Rzekę Wisłę przepłynąłem prowizorycznym drewnianym promem, ciągnionym żelazną liną przez czterech bardzo silnych mężczyzn. Dalszą 18 km drogę z Lisewa do Malborka odbyłem piechotą z walizką w ręku. Żadne bowiem pociągi na tym odcinku drogi nie kursowały w tym czasie, a to z powodu zburzonych mostów kolejowych i miejscami zerwanych torów. Inne środki komunikacji z Tczewa do Malborka nie istniały w ogóle. Przemierzając tę trasę krok za krokim, ze sumtkiem spoglądałem na napotykane po drodze wisoki, w których jakby wygasło życie. Wszędzie panoszyły się bujnie rosnące na polach chwasty. Gdzieniegdzie mijałem zepchnięte z drogi zniszczone czołgi pozostawione przez uciekające wojska niemieckie. Szedłem bez wypoczynku, aby jak najprędzej znaleźć sie w wyzwolonym Malborku. Zatrzymałem się dopiero, gdy stanąłempo raz pierwszy w swoim życiu nad rzeką Nogat, którą z trudnością poznałem, przechodząc ostrożnie po kładkach zbitych z desek i chwiejących się. Wchodząc do Malborka od strony Kałdowa, ujrzałem leżące w gruzach dawne zabudowania Starego Miasta, zniszczone w wyniku działań wojennych. Rozpoznałem tylko poważnie uszkodzony ratusz, w którym mieścił się dawny niemiecki magistrat, zamek malborski i mniej uszkodzony kościół św. Jana. Malbork z zamkiem krzyżackiem znałem tylko z historii, toteż mimo zmęczenia długą pieszą podróżą, w samym dniu wstąpiłem do zamku. Kiedy już przekroczyłem zwodzony most drewniany i stanąłem w bramie osłaniającej dziedziniec zamkowy, omal nie cofnąłem się z przerażenia. Na dziedzińcu zobaczyłem okazałej wielkości posągi byłych cesarzy i wielkich mistrzów zakonu krzyżackiego butnie spoglądających, jakby zagradzającymi mi wstęp do zamku. Za chwilę strach minał, gdyz przyglądając się tym postaciom bliżej, zauważyłem, że są one podziurawione strzałami z karabinów. Będą już pewniejszym siebie, poszedłem obejrzeć stojącą otworem Salę Rycerską. Dalsze zwiedzanie komnat zamkowych uniemożliwiały zwały gruzów i grożące życiu niebezpieczeńśtwo. Po paru tygodniach po raz drugi w życiu stanąłem na dziedzieńcu zamku malborskiego, ale już twardą stopą i z wielką dumną narodową, bo brałem udział w uroczystym zawieszeniu na tym gmachu historycznego Godał Polskiego na północnej wewnętrzenej ścianie od strony dziedzińca. Nie dostrzegłem już wówczas wspomnianych posągów cesarzy i wielkich mistrzów – władców tego zamku. Musieli oni opuścić swój posterunek w nadnogackiej twierdzy. Wartę w tym miejscu trzymała teraz honorowa kompania Wojska Polskiego, przybyła na historyczną uroczystość zawieszenia Godła Polskiego – Białego Orła. Nawiązując do wspomnień pierwszego dnia pobytu w Malborku, poważnie zastanawiałem się wieczirem, gdzie znajdę nocleg. Dowiedziałem sie, że działa już Państwowy Urząd Repatriacyjny, więc udałem się do niego. Tam zapewniono mi nie tylko nocleg, ale i niezłe, jak na te czasy, wyżywienie. Drugiego dnia z samego rana skierowłem swe kroki do miasta, aby zwiedzić śródmieście, gdzie zobaczyłem większość budynków zniszczonych. Chodziłem środkiem jezdni, gdy ze sterczących zębów ścian i walących się kominów spadały zwały cegły, co zagrażało życiu. Na zburzonych sklepach poniemieckich i cmentarnych nagrobkach rzucało się wiele nazwisk o brzmieniu polskim. Nie można było spotkac ludzi poza osobami wojskowymi. Napotkani miejscowi mieszkańcy zwracają się twarzą do mnie, mówili “gut morgen”, a niektórzy podnosili rękę do góry, jak im wpajano na “Heil Hitler”. Jednakże orientując się, że mają do czynienia z nowymi gospodarzami taj ziemi, szybko opuszczali rękę do dołu. Rozglądają się za ewentualnym mieszkaniem, napotkałem w dzielnicy Wielbark mały domek przy ul. Polnej, juz oszabrowany. Do domku tego sprowadziałem niebawem swą rodziną i zamieszkałem w nim na stałe. W domku tym nie było żadnych urządzeń wodociągowych, elektrycznych i gazowych . Wodę zmuszony byłem czerpać ze studni oddalonej o cały kilometr od miejsca swojego zamieszkania. Aby zapownić sobie i rodzinie jakieś znośne warunki bytowe, udałem się do ówczesnego Starostwa Powiatowego, oferując swą pracę. W tym czasie było bardzo mało chętnych do pracy, gdyż część przybyłych na te tereny wolała szbrować i trudnić się spekulacją, co przynosiło znacznie lepsze korzyści. Urzędujący w tym czasie starosta powiatowy Augustyn Szpręga przyjął mnie bardzo życzliwie i z wielkim zadowoleniem, oświadczając, że nie mamy jeszcze nalezycie zorganizowanego Urzędu stanu Cywilnego. Skutek jest taki, że noworodki nie mają sporządzonych aktów urodzeń, narzeczeni czekają na swe śluby, a zwłoki chowa sie bez uprzedniego sporządzenia aktu zgonu. Z miejsca zaproponował mi zorganizowanie USC i objęcie stanowiska urzędnika stanu cywilnego. Ranga teog urzędu była mi nieco znana, ponieważ do wyjazdu zza Buga pracowałem w terenowej radzie narodowej w Janówce. Zatem propozycję tą przyjąłem i przystąpiłem do orgznizowania Urzędu Stanu Cywilnego. Jednak nominacja na to stanowisko musiała być zatwierdzona przez Pełnomocnika Rządu Rzeczypospolitej Polskiej. Taką nomicnaję otrzymałem. Pierwszą moją czynnością było odszukanie ksiąg stanu cywilnego w administracji poniemieckiej i lokali, odpowiadających zabezpieczeniu tych ksiąg. Znalazłem te księgi porozrzucane w korytarzach i piwnicach - wszystkie tomy począwszy od r. 1874 do miesiąca stycznia 1945 r. tj. Wprowadzenia świeckiej rejestracji na tym terenie i to w dwóch tomach każdą księgę. Te drugie tomy, tzw. Wtóropisy na zarządzenie władz zwierzchnich, zostały przekazane w 1949 r do NRD. Lokal na umieszczenie USC znalzałem w Zarządzie Miejskim, lecz okna nie miały szyb i krakowało szkła na oszklenie. Onka te zostały oszklone w późniejszym czasie. Wypisując metryki z tych ksiąg, stwierdziłem w nich większość nazwisk o brzemienu polskim..., co świadczy o polskości zemi malborskiej. Stwierdziłem również, że nazwiska o brzmieniu poslkim za czasó władzy hitlerowskiej w latach 1934-1944 były przymusowo zmieniane na nazwiska o brzemienu niemieckim, co wynika ze wzmianek umieszczonych na marginesie akt. Aby USC mógł w pełni działać, trzeba było założyć nowe księgi stanu cywilnego, lecz w całym mieście nie mogłem znaleźć czystego papieru. Siłą faktu musiałem uzyć do tego celu makulatury z niemieckim pismem, a miejscowa drukarnia dokonałą odpowiedniego nadruku w jezyku polskim na drugiej stronie.

źródło http://www.grothotel.pl/okolice_malborka.html